Chris Wiciak

Nowy rok, nowe nadzieje i jeszcze większa wiara.

Niby Nowy Rok zawitał a już mamy Luty.

Czas mija nieubłaganie, ale zanim przejdę do stycznia wrócę do grudnia bo był to okres gdzie niby miałem rozpocząć nowy sezon ale czułem się zmęczony, moje ciało chciało dłuższego odpoczynku po wyczerpującym udanym sezonie, a organizm w czasie Świąt zażyczył sobie słodyczy i raczył się dobrodziejstwem naszej wspaniałej słowiańskiej tradycji gdzie stoły sowicie zastawione zmuszają mimowolni nas do wspaniałego uczucia jakim jest objadanie się 🙈🙈🤷‍♂️.

Wiec w tym okresie więcej chyba grzeszyłem jedząc niż biegałem i jak wskoczyłem w styczniu na wagę to się okazało ze 11kg przybyło od końca września (waga startowa) i że to oznacza koniec słodyczy i powrót do codzienności.

Treningi rozpocząłem od 1st Stycznia, ale pierwsze dni treningów i poczułem coś nowego albo dawno niespotykanego u mnie w ostatnim czasie.  Duża trudność w czasie biegu i trudność oddychania, a przedewszystkim ze męczę się podczas tępa 4:45- 5:00/km gdzie jeszcze w październiku biegało mi się naprawde swobodnie i na tętnie poniżej 118 a teraz biegne 4:50/km i czuje ze serce wali mi a zegarek pokazuje 150 tętno!!! Jak to możliwe przecież z niższą średnią przebiegłem w Berlinie maraton w tempie 3:50/km!!!

Nic bez paniki to dopiero pierwsze dni i zapewne potrzebuje troche czasu aby złapać swój pułap tlenowy.

Dzien za dniem mecze się  strasznie treningiem, wszytko mnie zaczyna boleć, poprzez mięśnie, kości a nawet głowa. Pierwsze dwa tygodnie stycznia nie wykonałem ani jednego treningu jak planowałem. Fartek padł już po pierwszych 9min biegu gdzie biegłem naprawde nie szybkim tempem 3:55-4:00/km a już po kilku minutach odcięło mnie totalnie.

Wróciwszy z treningu zacząłem notować codziennie treningi i odczucia, aby mieć podgląd do analizy. Kilka wpisów oryginalnych moich z poczatku roku:

2nd January Tuesday:
Dziś miał być fartek, wiec rozpocząłem spokojnie 4:50-5:00/km ale już czuje że nie mam swobody biegania, jest cieżko. Po 3km przyśpieszam i 9min ma być po 3:55/km a biegnę po 4:05/km, następnie 3min wolno po 5:00/km i znowu przyśpieszam ale okazuje się że zatrzymuje się po 1km i koniec, pochylam się nisko na nogach, ledwo oddycham, ślina leci mi sama z ust, ledwo żyje. Kurwa…co się dzieje przecież to nie możliwe!!!!! podnoszę się i truchtem wracam do domu. Trening zakończyłem na 9km zamiast na 21!!! Totalna tragedia, okazuje się że coś mi nie idzie w nowym roku.
Jak widać poczàtek roku nie był dla mnie łaskawy, a do tego rozchorowałem się i zaprzestałem treningów na kilka dni aż się wyleczę i odpocznę. W połowie miesiąca  zrobiłem sobie analizę co robiłem przed Berlinem w lipcu poprzedniego roku  i  postanowiłem powoli wprowadzać w życie to samo. Pierwsze wróciłem do mojej dietetyczki Doroty Silarskiej ponieważ od października odłożyłem swoje suple totalnie na bok oraz sposób odżywiania.

Myślałem że sobie poradzę bez Niej ale hmmm “jak trwoga to do Boga”….rozmowa telefoniczna i juz pierwszy impuls dostałem i wróciłem do treningów, następnie rozpisała mi suplementy plus wracam na drogę 3 posiłki na dzień, dużo wody i nic więcej. Poleciałem do Polski na badania oraz wizyta u mojej terapeutki sprawiły że wróciła nadzieja na lepsze jutro. Moja głowa uwierzyła że będzie dobrze i ostatni tydzień miesiąca już coś się poprawiło, troche mnie odetkało i widzę że zaczynam normalnie biegać, waga spadła w ciagu miesiąca ponad 6kg. Nawet VO2Max się poprawił i ruszył się na 64ml/kg/min wiec teraz muszę solidnie przepracować miesiąc Luty plus dwa tygodnie Marca i zobaczymy czy zdążę przygotować się na pół maraton w Reading.

Bo jeśli bede widział że moje przygotowanie jest w lesie to odpuszczę i wole nadal kontynuować trening aby sprobować jednak się przygotować po Rotterdam, ponieważ już ostatnio nawiedziły mnie myśli abym odpuścił Rotterdam i pobiegł troche później w Warszawie Orlen i tak naprawdę nadal taka opcje przewiduje, ale to wtedy niesie konsekwencje że nie pojadę do Gruzji na Wings for Life gdzie liczyłem na dobry występ ponieważ te dwa wydarzenia są za blisko siebie. Ale ta sytuacja się roztrzygnie w ciagu miesiąca lutego bo to właśnie treningi w tym miesiącu odpowiedzą jak bede przygotowany.

Wiec rozpoczęcie sezonu u mnie nie należy do przyjemnych ale dobrze że to dopiero początek bo planuje kilka fajnych startów w tym roku. W czerwcu biegnę Nocny we Wrocławiu połóweczkę i obiecałem sobie że tym razem przygotuje się o wiele lepiej niż w roku ubiegłym i powalczę o jakiś bardzo dobry czas który da optymizm na letnie przygotowania pod jesienny Maraton w Berlinie który to ma być u mnie pickiem i mam nadzieje że trafie z formą, bo gdzie mogę podjąć próbę złamania granicy 2:40 jak nie w Berlinie.

Dlatego w tym roku znowu wyjeżdżam do St.Moritz i bede chciał zabrać ze soba małą grupę zapaleńców biegania takich jak ja, aby wspólnie trenować w tym magicznym miejscu. Wyjazd planuje w sierpniu gdzie ja osobiście chce spędzić cały miesiąc ale wiem że nie wszyscy mogą być tak długo wiec będzie możliwość do mnie dojechać w trakcie. Koszty nie są aż takie duże jakby się mogło wydawać a grupowy wyjazd znacznie obniża koszt pobytu. Dlatego jeśli jest ktoś zainteresowany to zapraszam po szczegóły do mnie bo plan się już robi, a wiem że nigdzie indziej lepszego treningu nie zrobimy jak właśnie tam!!! Bo gdzie do jesiennych startów lepiej się przygotowywać jak nie w St.Moritz!!!!

IMG_2149 Kończąc chcę wszystkich trenujących zachęcić do dalszych treningów nawet jak coś nie idzie ( tak jak mi) to nie poddawać się i wierzyć że nasze noworoczne ambitne cele zrealizujemy, bo nikt inny  i nic nie jest wstanie nas pokonać!!!

Chris Wiciak

 

6 STARS – Abbott World Marathon Majors

W 2013 roku we wrześniu jak przebiegłem swój pierwszy pół maraton upadając za meta wykończony i pół przytomny powiedziałem sobie wtedy że nie jest możliwe abym kiedyś przebiegł cały dystans, ponieważ tamtego dnia ostatnie 400m do mety dobiegłem ale za bardzo nie pamiętając za dużo z finishu.

Ale kiedy odpocząłem, minął jakiś czas i dojrzałem emocjonalnie to pierwszego mojego maratonu, postanowiłem pobiec go w Berlinie w 2014.

A jak bardzo przeżyłem ten moment ?

Już na starcie moje serce waliło mi 175bpm!!

Czas prawie 4 godziny i straszne skurcze

łydek od 35km to nie był najlepszy mój czas i nie wspominam go dobrze.

Ale wtedy powiedziałem sobie ze chce przebiec jeszcze tylko jeden maraton w Londynie gdzie mieszkam od prawie 20lat i to wystarczy jeśli chodzi o maratony bo dystans ten mnie tak wykończył że pomyślałem sobie- maratony nie dla mnie są pisane.

Ale po Berlinie dowiedziałem się że jest takie piękne wyzwanie w którym trzeba przebiec 6 największych maratonów na świecie i stajesz się eksluzywnym członkiem i odbierasz przepiękny medal wraz z certyfikatem.

Sprawdziłem listę i okazało się że jest tylko niecałe 400 osób na świecie i tylko kilka osób z polski którzy ukończyli wszystkie te maratony (koniec 2014 roku).

Wiec mój challenge wdrożyłem w życie odrazu i zapisałem się na Londyn maraton.

Londyn 2015 to był mój drugi Majors i pobiegłem go wtedy naprawdę dobrze bo 3:26:19 co było dużo poprawa z Berlina i nie miałem żadnych skurczy i nie musiałem się zatrzymywać ani iść. Ostatni odcinek 5km wyprzedziłem ponad 850 osób co dodało mi dużego kopa na przyszłość.

Istniał jeden problem z moim wyzwaniem, to koszty maratonów. I nie mówię tutaj o kosztach podróży ale o wpisowym. Berlin mnie kosztował £300, a Londyn £1500!!!! Bo tyle musiałem zapłacić dla organizacji charytatywnej aby pobiec. Prawda jest taka że trochę pomogli mi koledzy, przyjaciele mojej żony, ale to i tak dawało wielkie koszty.

Największy koszt to jednak TOKYO bo wpisowe £1000 plus kilka tysięcy £ kosztowała mnie wyprawa z dziećmi do kraju kwitnącej wiśni.

Istniały też możliwości inne, losowanie, lub limit czasowy dla odpowiedniego wieku uczestnika. Hmm sprawdziłem limity czasów i okazało się że Londyn ma 2:45!!!🙈🙈🙈kosmos dla mnie wtedy, Boston 3:15 też daleko i ciężko.

Wiec po Londynie i kilku nie udanych biegach gdzie „trenowałem” jak głupi, tak oczywiście myślałem że dobrze trenuje ale okazywało się że biegam coraz gorzej i nie robię postępów.

Wiedziałem ze jak tak dalej pójdzie to nigdy nie zrobię kwalifikacji do Bostonu lub NY, gdzie za ten maraton śpiewali sobie 5000$!!

Wiedziałem że przebiegając maraton w 3:15 to nie takie sobie i naprawdę trzeba się na trenować aby osiągnąć taki czas.

Ale dobrze wiedziałem i czułem że jestem na tyle uzdolniony i uparty że te 3:15 złamie i to wtedy był cel numer jeden.

Dużymi cyframi napisałem na kartce swój cel 4:37min/km – był to moje marzenie średnia kilometra do przebiegnięcia aby złamać 3godz15min.

Doszedłem do wniosku że plany internetowe nic tu nie pomogą i w styczniu 2016 natknąłem się na Piotra Ślęzak który trenował grupę amatorów i zapaleńców biegania. Zgłosiłem się do niego natychmiast i rozpoczęliśmy współpracę pod TOKYO. Czasu było mało bo koniec lutego biegłem w Japonii a do tego doznałem kontuzji mięśni piszczela.

Wiec czas jaki pobiegłem 3:17:00 był dla mnie bardzo dobry i wtedy uwierzyłem że jeśli potrenuje bez kontuzji to 3:15 złamie.

Pięć tygodni później pojechałem do Zurichu i tam biegłem do 33km z pace makerem na 3:15 ale postanowiłem się oderwać od nich i na ostatnich kilometrach nadrobiłem 4min i ukończyłem z czasem 3:11:00!!!! Byłe w niebie !!!! Bo zrobiłem kwalifikacje do Bostonu i Chicago. Cel osiągnąłem z nad wiązką.

Wtedy zwróciłem się do Piotra żeby mnie przygotował do Chicago na mój 4-ty z rzędu Majors i aby właśnie tam w Ameryce złamać 3godziny .!!!! 🙈🙈

Stała się rzecz niesamowita-

zacząłem myśleć tylko o sub3H i jak to złamać. Zacząłem czytać dużo książek na temat biegania Heheheh i nakręcałem się do tego wydarzenia naprawdę mocno. Chciałem nawet do Kenii jechać aby tam się przygotować ale wszyscy odradzali że to za szybko. Byłem tak nafazowany na ten bieg że nie mogłem spać po nocach. W połowie roku w lipcu zrobiłem nawet dwie połówki ironmana gdzie trening pod triathlonu wzmocnił mi wytrzymałość.

Chicago Październik 2016 pierwszy maraton w Ameryce!!! Wspominam z dreszczami na skórze bo takiej organizacji nie widziałem ani w Berlinie ani w Tokyo, a do tego mam sentyment do Ameryki, wiec chyba dla tego tak to odbieram. Sam bieg to od poczatku utrzymywanie tempa 4:15min/km i walka na ostatnich 4km bo nie miałem już siły totalnie ale przy mecie przyspieszyłem aby osiągnąć czas 2:58:55!!!!!

Poczułem się wtedy jakbym zdobył mistrzostwo olimpijskie i był lepszy od Kiptoche!!! Już od dawna koledzy mnie przezywali Jarek Szegumo albo biały Kenijczyk hehehe😂😂.

Wiec Chicago zapisało się w moim sercu jako pierwszy maraton poniżej 3 godzin!!!!! Niesamowite przeżycie!!! Daje takiego kopa do dalszych treningów i dało mi bardzo dużo pewności siebie że można wszystko jeśli ma się to w głowie.

Po Chicago miałem już 4 majorsy i brakowało mi tylko Boston i New York. Zaraz po Chicago byłem tak naładowany że chciałem pobiec w listopadzie tego samego roku NY !!!! A była taka możliwość poprzez załatwienia pakietu ale po powrocie do domu przemyślałem i postanowiłem że najpierw czas na Boston a na koniec zostawię sobie New York. I to była jedna z lepszych moich decyzji.

Do Bostonu (kwiecień 2017) rozpocząłem przygotowania w grudniu 2016 gdzie prędzej jeszcze uczestniczyłem w zakończeniu sezonu naszego zespołu Slezak Team z PL i odebrałem medal od trenera za rok wspólnej pracy. Byłem bardzo dumny ze widniałem na tablicy jako jedyny z całego zespołu który przebiegł poniżej 3 godzin.

Tam się dowiedziałem że w lutym jest organizowany obóz biegowy w Szklarskiej Porębie, gdzie zgłosiłem się minutę po ogłoszeniu informacji 🙈😂😂🤷‍♂️.

W grudniu 2016 roku rozpisaliśmy z Piotrem cele na 2017 rok gdzie uwzględniłem trzy maratony, Boston miał być biegniety na 2:48 a Berlin na 2:42 i NY tylko pobiec ale poniżej 3godzin. Piotr wtedy powątpiewał trochę w ten Berlin na 2:42 ale ja wierzyłem po Chicago że mogę wszystko 😂😂😂💪🏃👍.

Te 2:42 to moje małe marzenie było jak rozpoczynałem współpracę z Piotrem, wtedy wypełniłem formularz i w pytanie- jakie mam marzenie czasowe w maratonie odpisałem 2:42.

Ale wracając do tematu, zbliżał się obóz ale na tydzień przed naciągnąłem mięsień dwugłowy, a na obozie go doprawiłem na górkach i zaraz po doznałem kontuzji na biegu na 10km, wiec moje przygotowania pod Boston poległy w gruzach gdzie ostatnie 40dni nie mogłem biegać wcale.

Ale za to robiłem inne ćwiczenia aby być fit i nie polec na polu walki. W tamte przygotowania w których byłem kontuzjowany włożyłem wszystko co mogłem aby tylko pobiec w Bostonie.

Przecież to najsłynniejszy maraton na świecie!!! Filmów się naoglądałem o nim i książek naczytałem, wiedziałem że większość maratończyków marzy aby właśnie tam pobiec.

Będąc tam przekonałem się dlaczego tak jest.!!

Pomimo że czas był nie fortunny bo wypadały święta Wielkanocne a ja poleciałem tam sam to od sprawy sportowej śmiało mówię że takiego czegoś nie czułem nigdy nigdzie, a biegałem już w wielu biegach.

Tam pobiegłem z wielka radością cały dystans i z uśmiechem ba ustach, tam ten bieg dał mi pierwszy raz radość podczas maratonu. Zazwyczaj mam to na mecie ale tam miałem prawie przez cały czas!!! Do tego złożyło się że pobiegłem swoją życiówkę 2:57:31 pomimo kontuzji wcześniej, wiec po maratonie byłem podwójnie zadowolony.

Boston maraton z wszystkich Majorsow to duchowo mój najwyżej postawiony w hierarchii.

Wiec bo Bostonie jedno co chciałem to aby wyleczyć do końca kontuzje i przygotować się jak najlepiej do Berlina we Wrześniu. Do tego biegu miałem sporo czasu, wiec powoli i ostrożnie rozpocząłem przygotowania pod Berlin. W czerwcu poleciałem do Wrocławia na połówkę aby wystartować w nocnym i sprawdzić jak forma rośnie. Pomimo dobrego początku biegu poległem na ostatnich 4km i nie utrzymałem tempa i przebiegłem w 1:22:06 co i tak dało mi moje PB.

Lipiec przepracowałem solidnie a w połowie sierpnia wyjechałem na wyprawę na która czekałem od dłuższego czasu. Zameldowałem się w St.Moritz w Szwajcarii na wysokości 1850 n.p.m gdzie przez prawie 3 tygodnie trenowałem każdego dnia po dwie jednostki plus siłownia lub odnowa. Takiej szkoły biegania nie przeżyłem nigdy, a robiłem to pod okiem wyśmienitego maratończyka Mariusza Giżyńskiego, gdzie wspólne treningi oraz jego porady były bezcenne jak dla takiego amatora biegania jakim jestem. Forma rosła każdego dnia a ja nie chciałem się zatrzymywać i tylko biegać i biegać. Pomimo że harowałem każdego dnia ciężko na treningach, był to najwspanialszy okres treningowy jaki przetrenowałem. Po powrocie czekał na mnie sprawdzian na 3 tygodnie przed Berlinem, pobiegłem zaraz po przyjeździe pół maraton gdzie 21.1km przebiegłem w 1:16:59 i przebiegając metę sam się złapałem za głowę bo nie wierzyłem co zrobiłem. Po tym dniu wiedziałem ze Berlin będzie mój!!!!

Do Berlina wybrałem się prze Szczecin i wylądowałem 30km w jakieś wiosce pod Berlinem nad pięknym jeziorkiem. Tam spędziłem ostatnie godziny przed biegiem.

Berlin tego dnia to tez specjalny dzień dla mnie. Nie chodzi tu o organizacje która jest dobra ale właśnie w ten dzień przyszedł prawdziwy sprawdzian moich możliwości.

Ten maraton miał dać mi odpowiedz czy jestem w stanie przebiec maraton tempie średnim 3:50min/km gdzie dla amatora to już naprawdę czasu do pozazdroszczenia. Jeszcze na początku roku nie wydawało mi się realne że właśnie w tym roku przygotuje się na czas 2H42min, pomimo że takie czasy zapisałem w moich celach.

Berlin przebiegłem z zimna krwią i tylko odhaczałem co 5km pokonane kilometry.

Wszystko szło jak w szwajcarskim zegarku a ja skupiony na celu brnąłem do mety.

Czas ukończenia 42km195m 2godz.42min13sek!!!!!! Alleluja !!!zrobiłem to co kiedyś było fikcją dla mnie a teraz rzeczywistość, piękna rzeczywistość!!!

Do ostatniego Majorsa pozostało 5 tygodni a mi pozostała pustka w głowie i zero chęci do biegania w tym roku. Pod względem fizycznym byłem zmęczony ale pod względem psychologicznym byłem totalnie wypalony. Osiągnąłem swój szczyt i ciężko było mi nawet myśleć że będę musiał zrobić to jeszcze raz w tym roku już za kilka tygodni.

Wiec piec tygodni biegałem naprawdę w kratkę i bez większego zaangażowania. Trzymała mnie tylko jedna myśl przy treningach, że jadę na największy maraton na świecie i na mój ostatni szósty Majors.

Nowy Jork przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Cały pobyt to wspaniała przygoda i nie zapomniane chwile które można przeżyć tylko tam w Nowym Jorku.

Jest to tak duży bieg oraz taka ilość uczestników oraz kibiców że nigdzie indziej tego nie doświadczycie.

Nowy Jork ukończyłem z czasem 2:51:23 może nie tego oczekiwałem po Berlinie ale tego dnia dałem z siebie wszystko co miałem w nogach i w głowie. Dawno tak się nie zmęczyłem jak na tym maratonie, dawno nie biegałem tak dziwnej trasy, drugie 21km to jedne z trudniejszych km jakie przebiegłem w dotychczas. Ale tego dnia nie ważne było w jakim czasie dobiegnę albo jak bardzo się zmęczę, tego dnia kończyła się pewna historia której nadałem życie dwa pół roku wcześniej.

Tego dnia ukończyłem szósty Majors!!! Zapisałem się do historii maratonów jako jeden z niewielu uczestników którzy ukończyli te sześć maratonów.

1.Londyn 3:26:19

2.TOKYO 3:17:00

3.Chicago 2:58:55

4.Boston 2:57:31

5.Berlin 2:42:13

6.New York 2:51:23

Przeszedłem długa drogę, przemierzyłem trzy kontynenty, odwiedziłem Amerykę trzykrotnie,

Miałem możliwość zobaczyć Japonię i kulturę kraju kwitnącej wiśni, a to Wszytko dzięki pasji która pochłonęła moja duszę pewnego dnia i targa nią po dzień obecny. Bieganie jest chyba najprostszą dyscypliną sportową a do tego najwspanialszą. Ubierasz buty, wychodzisz na zewnątrz i biegniesz przed siebie!! Nic bardziej mnie nie relaksuje i oczyszcza mija głowę jak bieganie.

Wyzwanie zakończone. Abbott World Marathon Majors przebiegnięte.

Co teraz?? Następne wyzwanie, nowe cele. Plan się już robi i mam nadzieje że i tym razem podołam tym celom, które teraz są o wiele wyżej i dalej ale właśnie po to żyjemy aby spełniać swoje marzenia i cele.

Wesołych Świat Bożego Narodzenia Życzę Wszystkim

Chris Wiciak

Co to było za bieganie!!! Rok 2017 moimi oczami.

Sezon 2017 zakończony. Wow jak to szybko minęło.

Rok ten zapisać mogę śmiało- jako najlepszy czas spędzony podczas biegania .

Tak jak obiecałem sobie na koniec 2016 roku chciałem poświecić ten rok biegowy na szybsze bieganie i unikniecie kontuzji.

Jeśli chodzi o progres biegania to myśle że zrobiłem milowy krok w przód i że zaliczyłem naprawdę duży przeskok w bieganiu w porównaniu z poprzednim rokiem.

Jeśli chodzi o kontuzje to nie było aż tak tragicznie, ponieważ jedna kontuzja która wyeliminowała mi większość przygotowań pod Boston w Kwietniu ale oprócz tych 40 dni bez biegania to reszta sezonu była naprawdę pozytywna.

W tym roku podszedłem jeszcze bardziej wyczynowo i zawodowo do biegania,

Poświęciłem więcej czasu na rozciągania i ćwiczenia stabilizacyjne a przede wszystkim odbyłem dwa obozu biegowe.

Pierwszy w lutym w Szklarskiej Porębie był to mój pierwszy w życiu obóz biegowy i pomimo pierwszych oznak kontuzji przed, przetrenowałem go bardzo solidnie, a druga kwestia to ludzie z jakimi tam byłem stworzyli naprawdę zajebista atmosferę. Tego obozu nie zapomnę do końca życia.

Ale po obozie dopadła mnie kontuzja mięśnia dwugłowego którego tak naprawdę leczę do dziś, ponieważ jeszcze nieraz go czuje. Kontuzja pojawiła się w najgorszym momencie przed maratonem w Bostonie na 5 tygodni przed. Wyeliminowała mnie z biegania na ostatnie 40 dni, ale nie mogłem odpuścić tak ważnego i najsłynniejszego oraz najstarszego maratonu na Świecie, wiec nie poddając się pojechałem do Bostonu i uczestniczyłem naprawdę w święcie biegania. Boston ma ducha, prawdziwego ducha biegania, można to odczuć wszędzie na każdej ulicy, w rozmowie z mieszkańcami. Coś takiego nie spotkałem nigdzie a przebiegłem już 10 maratonów w tym czasie i tam naprawdę jest magia i unosi się coś w powietrzu. Wiec Boston pomimo kontuzji to bardzo udany maraton gdzie biegnąc zachwycałem się każdym kilometrem przebiegnięty.

Następnie był drugi obóz biegowy- to połowa sierpnia i zagościłem w Szwajcarii, światowa mecca biegaczy St. Moritz. Nie będę się powtarzał jak tam było pięknie, ale jeśli chodzi o punkt zwrotny w moim bieganiu to ja wskazuje właśnie ten czas. Jeśli prędzej podczas treningów nie mogłem zauważyć postępów w moim bieganiu a jednak je robiłem co pokazywały czasy na zawodach, to właśnie tam w St.Moritz w drugim tygodniu trenowania mój wzrost formy zauważałem w każdym aspekcie treningu.

Zacząłem na wysokościach 1850-2500 n.p.m osiągać takie czasy że każdego dnia tak się nakręcałem i czułem moc, gdzie nie chciałem aby trening się nie kończył a ja chciałem biegać więcej i więcej. W pierwsze 7 dni zrobiłem 215km gdzie taki wynik prędzej przebiegłem nieraz w ciągu miesiąca.

( a tak rosła moja forma w 2017 roku, gdzie podczas Berlina maratonu osiągnąłem szczyt formy gdzie garmin pokazał 74ml/kg/min!! )

Następnego energetycznego kopa dostałem jak przebiegłem dzień po powrocie pół maraton pod Londynem gdzie z życiówki 1:22:06 (Wrocław nocny) wkroczyłem na nieznane grunty w mym bieganiu a był to czas 1:16:59 czas to jedno ale styl w jakim pokonałem ten dystans dały mi tyle pewności siebie i rozwiały wszystkie wątpliwości że tylko kataklizm mógł mi spierniczyć maraton w Berlinie. Takiego uczucie w biegu tak szybkim i z jak z łatwością to zrobiłem nie miałem nigdy.

Średnia czasu 3:38/km na 21.1km to kiedyś kosmos odległy był dla mnie nawet jakbym chciał przebiec 400m!!!! Intervala na treningu, a teraz równo biegłem gdzie ostatnie 5km tylko przyśpieszałem 👌🏃. Niesamowite uczucie biegu to tak jakbyś zapierniczał Jaguarem kabrioletem 260km/h po autostradzie i wsłuchiwał się w głos pięknie brzmiącego silnika!! Tak ja wsłuchiwałem się w rytm swojego oddechu. Niesamowite uczucie .

Jeśli ktoś pyta dlaczego biegam i tak się nieraz męczę?? , odmawiam sobie niektórych przyjemności jakie mnie napotykają na drodze przygotowań, to właśnie wtedy odpowiadam-

że dla takich chwil warto to robić nawet jak nieraz boli.

Ale Ja nie Znam innego rodzaju bólu który bym tak bardzo pragnął go i kochał.

Wiec przygotowany sportowo ale i emocjonalnie wyciszony, pobiegłem w Berlinie swój najszybszy maraton dotychczas, w bardzo wyrafinowany i kontrolowany sposób. Może to brzmi bardzo nie ludzko i bez emocji, ale emocje były oczywiście, lecz w tym biegu od pierwszego kilometra do ostatnich 195metrow kontrolowałem wszystko- tempo, oddech, picie wody co 3-5km, wszystko miałem poukładane w głowie. Moje myśli były skierowane tylko w jednym kierunku wynik 2H42min tyle !!! Nic więcej.

Wiec Berlin odczułem trochę mniej emocjonalnie niż Boston, choć patrząc na wynik powinnienem być najbardziej zadowolony. Ale powiem tak- bardziej jestem zadowolony w jaki sposób się przygotowywałem do tego maratonu i jestem prze-szczęśliwy że wykonałem taki ogrom pracy i że przyniósł zakładany efekt.

I tutaj mógłbym zakończyć sezon chodź był dopiero początek Października, ale że właśnie w tym roku postanowiłem że ukończę swoją misje sześciu największych maratonów na Świecie Abbott World Marathon Majors, a że wybrałem sobie New York Marathon na koniec swoich światowy wojaży to musiałem chcąc nie chcąc spróbować utrzymać jeszcze trochę formę aby w sposób normalny przebiec ten maraton który w kalendarzu jest przypisany na pierwszy weekend Listopada.

Miałem równo 5 tygodni miedzy maratonami Wiec tak naprawdę 3 tygodnie treningów ponieważ pierwszy tydzień po Berlinie odpoczywałem i ostatni przed Nowym Jorkiem tez odpoczywałem, wiec tylko kilkanaście dni biegowych. Ale tak naprawdę moja głowa już była na wakacjach bo jak wychodziłem na trening to nie miałem motywacji aby jednostki szybsze biegać i utrzymywać tempo. Miałem taki jeden trening że miałem zrobić 28km po 3:45-3:50/km, nawet żeby nie czuć zmęczenia całym dniem zrobiłem go wcześnie rano ale okazało się ze jednak nie daje rady i ubiegłem tylko 23km po 3:45-3:47/km i opadłem z sił i zabrałem się do domu.

Wiec sam dobrze siedziałem ze ciężko będzie mi się zebrać na Nowy Jork, a gorsze że ja tam jadąc też chciałem powalczyć o bardzo dobry wynik.

Wiec mając mętlik w głowie jak pobiec w NY męczyłem się na treningach aż na tydzień przed pobiegłem kontrolnie na 10km sprawdzić czy mam jeszcze jakieś siły mentalne 😂😂. I się okazało że przebiegłem 10km w 34:59 co jest moim najszybszym czasem a co więcej wygrałem pierwszy raz wyścig i przybiegłem PIERWSZY!!!🥇👌🏃Wiec powiało trochę optymizmem na 7 dni przed maratonem, ale pamiętałem że 10km to nie maratoński dystans ale trochę pewności jednak mi dodało.

Maraton w Nowym Jorku opisałem w osobnym postcie ale muszę nawiązać w kilku zdaniach do tego maratonu, bo nie można przejść obok tak ważnego wydarzenia jakim jest ten maraton.

Teraz prawie miesiąc po, mogę powiedzieć dobrze że wybrałem NY maraton na mój ostatni Majors bo zakończyć cykl właśnie tam to coś naprawdę specjalnego.

Muszę się powtórzyć i powiadam wam – żeby odczuć to co dzieje się podczas tego maratonu to nie ważne jak się opisze,

tam trzeba być i przeżyć to na własnej skórze bo żaden opis, nawet żeby to Shakespeare przelał piórem na papier to nie odda tego w taki sposób jak osobiste uczestnictwo w tym biegu.

Jeśli się ktoś zastanawia gdzie pobiec maraton to proszę mi wierzyć że musi to być Nowy Jork!!! I nie ważne że tam są przeklęte mosty i trasa falista ale coś musi być tam magicznego że co rok kończy wyścig ponad 50tys uczestników. Takim wynikiem nie może się pochwalić żaden bieg na świecie!!!!

Ukończyć 6 Majorsów w 3 lat zwiedzając 3 kontynenty, podróżować miedzy Ameryką i Japonią i Europą to naprawdę przeżycie niesamowite !!! Rozpoczynając bieganie i wychodząc pewnego wieczoru w 2013 roku z żona na pierwsze moje 5km, nigdy nie sądziłem że takie rzeczy mnie spotkają i że tyle radości przyniesie mi bieganie i że zmieni mój sposób życia.

Biegowy rok 2017 już zakończyłem. Nie miałem dużo startów ale w tym roku nie postawiłem na ilość biegów lub na zbieranie blach na szyi ale na jakość i na szybkość.

Wszystko co założyłem i zapisałem na koniec 2016 roku to wykonałem z nawiązką. Takiego roku jeszcze dobrego nie miałem. Był to mój piąty rok biegania a drugi pod opieką trenera Piotra Ślęzaka. Statystycznie chłop zrobił ze mnie „maszynę do biegania” ponieważ w 2015 roku biegałem jak głupi kilometrów, dziennie po 20 lub więcej oraz pełno startów w pół maratonach i maratonach a czasy stały w miejscu lub były coraz gorsze.

Statystyki nie kłamią:

Piotr przejął mnie po Londynie 3:26:19. – Katowice 3:38:31 – Ateny 3:48:32 wszystko w 2015 stym. Rozpoczęliśmy współpracę początek roku 2016 i za chwile poszło jak po sznurku,

TOKYO 3:17:00

Chicago 2:58:55

Boston 2:57:31

Berlin 2:42:13

New York 2:51:23

Nic dodać nic ująć. Muszę powiedzieć że jeśli chodzi o czasu na 21.1 km oraz na 10km to ten progres mój wyglada jeszcze bardziej okazale.

Pytanie sobie można zadać czy trafił trener na dobrego zawodnika Hehehe czy zdolny „staruszek” trafił na dobrego trenera. 😂😂 Tego się nie dowiemy, ale trzeba przyznać że rodzaj i styl treningów trafiał do mnie idealnie. Właśnie takiego czegoś potrzebowałem jak rozpocząłem współpracę z Piotrem, aby ktoś kto się zna na bieganiu przygotowywał mnie do startów i rozwijał moja osobę pod względem motorycznym.

( tutaj wyraźnie widać na wykresie co zrobiły treningi od początku 2016r. z moją formą!!!) Bo muszę powiedzieć że oprócz tego że bieganie daje mi radość i niezależność, swobodę i uczucie czystości i mocy, to też dążę do współ-rywalizacji którą uwielbiam od najmłodszych lat. Lubię współzawodniczyć z innymi a najlepiej mnie kręci jak mogę się ścigać z młodszymi i szybszymi zawodnikami i próbować ich doścignąć.

Dlatego jeśli zdrowie dopisze to chciałbym w następnym roku kontynuować bieganie. Postawiłem sobie już cele i wyznaczyłem co chce osiągnąć w 2018 roku. Mam nowe wyzwanie na następne dwa lata oraz nowe marzenia ale o tym niedługo w innym rozdziale.

KTO NIE MA ODWAGI DO MARZEŃ, NIE BĘDZIE MIAŁ SIŁY DO WALKI. Przez najbliższe tygodnie będę poddawał się odpoczynkowi oraz treningu roztrenowania a dopiero w połowie grudnia ruszam z nowymi przygotowaniami. Wszystko rozpisane i zaplanowane, startów może nie będzie za dużo ale napewno ma być szybko, ciężko, ale z radością na ustach i chęcią dobrej zabawy.

Do usłyszenia

Chris Wiciak

NYC MARATHON 2017 !!!

…5th November 2017 w moim biegowym życiu przejdzie do jednych z najlepszych wydarzeń zaraz obok Bostonu Maratonu.

Nie da się porównać tych dwóch maratonów bo w Boston duch, spiryt i historia unosi się w powietrzu, tutaj w NY wszystko jest WOW…

..ogrom tego wydarzenia i liczba uczestników przewyższa wszystkie maratony na świecie. Nigdzie indziej nie spotkasz tylu uczestników i tylu kibiców którzy w sposób niewyobrażalnie głośny dopingują wszystkich uczestników!!!

Biegłem już w TOKYO gdzie było też naprawdę dużo kibiców ale tutaj to są tylko dwa miejsca gdzie nie ma wrzawy i kibiców- to dwa mosty – pierwszy na którym startujemy czyli Verrazano Narrows Bridge a drugi to Queensboro Bridge pomiędzy 23-26km, ale tylko nikogo tam nie ma ponieważ jest całkowity zakaz ze względu bezpieczeństwa. Po za tymi miejscami każdy metr chodnika przestrzeni jest wypełniony w głośno krzyczących ludzi z całego świata!!

Ale zanim stanęliśmy na starcie to w piątek wieczorem odbyła się parada wszystkich krajów jakie będą reprezentowane w biegu, a było w tył roku 127 narodowości !!!!! Niesamowite. Impreza naprawdę godna zobaczenia. Natomiast w sobotę odbywały się mistrzostwa USA na 5km najszybszych amerykańskim zawodników oraz na końcu bieg masowy dla reszty chętnych gdzie w tym roku pobiegło na odcinku 5km 11tysiecy ludzi.

Bardzo udana impreza gdzie osobiście byłem kibicem, ponieważ poranny trening zrobiłem właśnie w Central Parku i zakończyłem na mecie maratonu. Po treningu zostałem tam i byłem świadkiem naprawdę szybkiego biegania gdzie czołowa trójka finiszująca zmieściła się w jednej sekundzie!!! A u kobiet nie było już takich dramatycznych finishow ponieważ wygrała faworytka i obecnie najszybsza w tym roku na tym dystansie amerykańska gwiazda Molly Huddle.

Po wszystkich tych wydarzeniach udałem się do domu gdzie oddałem się całkowitemu wypoczynkowi i leżakowaniu, wieczorem wyszliśmy tylko na kolacje aby uzupełnić węglowodany i później do łóżka spać.

Tym razem nie spałem w hotelu, ale zostałem zaproszony do Artura Tyszuk prezesa największego polonijnego klubu biegowego POLSKA RUNNING TEAM. Zostałem ugoszczony przez Artura i jego żonę jak „elit zawodnik” !!!! U nas w Londynie nie spotyka się aż tak narodowej wspólnoty polskiej z jak się spotkałem tam w Nowym Jorku. Dlatego warunki podczas tego pobytu miałem najlepsze gdzie z góry dziękuje jeszcze raz Arturowi i Monice za takie ugoszczenie mnie.

Niedziela 5 Listopada 2017 godzina 5:00am obudził mnie zegarek ale muszę powiedzieć ze już od godziny czekałem już nie spiąć, to zrobiła różnica czasu oraz tej nocy w stanach przesuwali czas na zimowy wiec spaliśmy dłużej o godzinę a mi pierwszy raz w w życiu przyszło ze w ciągu jednego miesiąca spałem dwa razy dłużej o godzinę !!!!! 😂😂🤷‍♂️🤷‍♂️.

Poranne śniadanie plus woda z cytryna ubrani i przygotowani w ciepłe ciuchy zostaliśmy przetransportowani na wynajęty specjalnie dla nas autobus który kilkudziesięciu uczestników Running Team Polska w tym mnie odtransportował do wioski maratońskiej na linie startu która znajduje się na wyspie Staten Island. Pomimo ze start pierwszej grupy jest dopiero o 9:50am to już tam musisz być później o 6:30pm ponieważ zostaje zamknięty most po którym biegną uczestnicy a to jedyna droga dojazdu, wiec to duże wyzwanie dla wszystkich którzy musza się tam stawić. Oprócz autobusów można tam dotrzeć promem który przewozi uczestników. Ale sumując jest to w miarę skomplikowane punkt maratonu. Następna sprawa to wiosła maratonu gdzie ponad 50tys uczestników się zbiera i czeka na start. Cała infrastruktura która jest przygotowana to tylko tak może być w Ameryce !! Ponieważ czekają tam godzin 3-4 na start masz do dyspozycji wszystkie udogodnienia wraz z rozsypana słoma na której uczestnicy sobie leżą i relaksują. Są punkty żywieniowe, herbata, kawa, czekolada graca, żelki energetyczne i batony, izotoniki do picia, rozdają czapki , jest tego naprawdę dużo.

Wioska jest podzielona na 3 strefy- niebieska, zielona i pomarańczowa i tak też jest podzielony start gdzie najszybsi startują z niebieskiej strefy która jest jeszcze podzielona na fale i corale, później pomarańczowi i zieloni , godziny startu tez zróżnicowane zależnie od fali.

Mi przyszło startować tym razem w pierwszej fali z corala pierwszego czyli jak się dobrze ustawisz to możesz stać w pierwszym rzędzie zaraz za elita. I tak oczywiście zrobiłem gdzie nawet doprowadzenie nas ze strefy wioski na linie startu odbywało się w sposób spektakularny gdzie tylko Amerykanie mogą w taki sposób to zorganizować. Chcąc poczuć ducha tego największego wydarzenia maratońskiego oczywiście znalazłem się w pierwszej lini frontu 50 tysięcznej rzeszy startujących, co nie było łatwe do osiągnięcia ale szybkość i spryt pozwoliły ze znalazłem się zaraz za 12-stką najlepszych startujących zawodników jako elita tego dnia.

Zaraz przed startem odbyła się ceremonia otwarcia oraz został odśpiewany hymn amerykański gdzie na koniec wzmogły się owacje i gorące oklaski!!! Coś niesamowitego!! Flagi amerykańskie na każdym kroku wszędzie policjanci i wojsko, latające helikoptery, wszystko prezentowane w sposób z najlepszy. Takie rzeczy można zobaczyć tylko w filmach amerykańskich albo tutaj na miejscu na takich imprezach, gdzie człowiekowi skóra jeży się w każdym zakątku ciała!!!

9:52am i słyszymy potężny huk z armaty który dał sygnał do startu!!!! Wciskam zegarek i rozpoczynam swoją drogę po medal za którym zjeździłem prawie cała kule ziemską. Jest to ostatnia odsłona mojej misji która jeszcze w 2015 roku wydawała się niemożliwa do osiągnięcia i była magia a teraz wystarczyło przebiec spokojnie 42km195m i czekał na mnie specjalny medal kończący moja podróż maratonów świata.

Ale tak jak napisałem w blogu kończąc posta o Berlinie 5 tygodni temu że w tym biegu nic nie muszę bo w tym roku swoje zrobiłem i czas jaki osiągnąłem 2:42:13 to wielki wyczyn dla mnie- w 2013 zaraz po zakończonym moim pierwszym pół maratonie jakbym usłyszał ze kiedyś przebiegnie maraton i to w takim czasie to bym powiedziała ze prędzej zostanę prezesem PiSu za życia Kaczora niż osiągnę coś co dla zwykłego amatora i przeciętnego początkującego biegacza jakim jak jestem jest po prostu nie osiągalne nawet w myślach.

Ale także w tym poście napisałem że znają mój charakter nie uznaje maratonów aby sobie tylko zaliczyć i że napewno w Nowym Jorku pobiegnę szybko.

Ale ja sam nie spodziewałem się że zrobię to tak spektakularnie lub nie odpowiedzialnie, zależy kto jak nazwie że na połowe dystansu przewidywany czas ukończenia miałem na 2H33min 🙈🤷‍♂️.

Albo szaleniec mógł myśleć że to się powiedzie lub nazywać się Wiciak.

Ale już tłumacze- w sobotę rozpisałem sobie czasy i końcowy czas był 2:39:55 czyli życiówkę. I oczywiście dokładnie wiem i świadomy byłem że nie wolno nic zmieniać na lini startu i trzymać się planu ale teraz z perspektywy czasu muszę powiedzieć że nawet ten plan na 2:39 też by się nie udał bo kilka czynników było o których dobrze wiedziałem że nie zadziałają. Po pierwsze miedzy maratonami dwoma było tylko 5 tygodni różnicy, w Berlinie zrobiłem wielki skok w bieganiu i życiówkę na prawdę dużym poziomie gdzie przygotowywałem się do niej jak nigdy wcześniej, następnie w ciągu 5 tygodni ostatnich przebiegłem mniej niż na obozie w 14dni i to wiele mniej i następna rzecz to moja silna głowa była już tak bardzo zmęczona całym sezonem że odmawiała mi posłuszeństwa przez ostatnie 5 tygodni.

Wiec wszystkie znaki na niebie mówiły żeby pobiec na spokoju na 2:58 i z uśmiechem na ustach odebrać po co przyjechałem.

Ale wystartowałem zaraz za najlepszymi i rozpocząłem gonitwę na moście na którym jesteś totalnie odsłonięty, a wiatr wiał tak mocno że nie mogłem oddychać, a mi samemu wydawało się że stoję w miejscu!!! Jedynie co mnie dziwiło że cała elita wcale szybko się nie oddalała jak zwykle, tylko przez cały podbieg pierwsze 2km, oraz cały odcinek na tym moście biegli z przodu na wyciągnięcie ręki!!!

Dopiero na zbiegu po 3 kilometrach przyspieszyli na 3:04 i poszli do przodu normalnym tempem dla nich 🙈. Wiec biegnąc w miarę samotnie pokonywałem następne dwa km i zameldowałem się na pomiarze 5km 18min07sek i już miałem minutę za szybko do rozpisanych czasów na ręce, wtedy pomyślałem że jednak zwolnię po mogę tym tempem nie dobiec nawet do półmetka. I niby to zrobiłem ale zegarek nadal pokazywał mi pokonywane km 3:29, 3:26, 3:36,3:33,3:41 i tak dobiegłem do 10km 36min21sek !!!! Mówię sobie kurwa zwariowałem!!! W Berlinie miałem 38:27!!! Ponad 2 minuty szybciej na 10km!!! Dla tych co biegają wiedza że to kawał czasu!!!! Przecież ja jeszcze kilka miesięcy temu miałem gorszą życiówkę na 10km a tutaj na maratonie wale o 2min szybciej!!!

I wtedy po 10km Pan Wiciak mówi do swojego ciała że dziś dostanie prawdziwy sprawdzian i lecimy na zniszczenie!!!

Wszyscy amatorzy biegają na negatywie ponieważ chcą ukończyć bieg i świadomie biegną tak aby dobiec do mety i nie wydobywają z siebie od początku maximum jakie mogą ponieważ obawa że zaraz skończą jest większa.

Ja też tak dotychczas biegałem gdzie zawsze z rozwaga i zapasem i nigdy nie wykorzystałem moich możliwości na maxa. Ponieważ cele i zakładane czasy były poparte różnymi czynnikami które mówiły mi jaki czas mogę pobiec. Ale przesuwając swoją poprzeczkę i granice wytrzymałości robiłem to z rozwagą.

Dlatego po 36min biegu moje ciało już dostało tak po dupie że czułem się jakbym był na 40km maratonu ale naprawdę tak nawet w Berlinie nie czułem się na końcowych km gdzie pobiegłem bardzo mocna końcówkę. Nic mi nie pozostało tylko trzymać tak długo tempo aż się da!!!

Bo w tym momencie glikogen już z mojego organizmu zużyłem totalnie i ulotnił się, (jednak w tym tygodniu za mało naładowałem się węglami) i szybkie zapasy glikogenu w moich mięśniach i wątrobie się skończyły co dało się odczuć dość szybkim zmęczeniem, plus doszło większe niż normalnie zakwaszenie mięśni w tym momencie, wiec moje zniszczenia organizmu były nie odwracalne i zwolnienie tempa by nic nie dało.

Biegniemy dalej na 12km pokazuje 3:41 Wiec uważam ze zwolniłem 😂 i następny już przebiegłem 3:25/km!!! Oraz 15km tak samo 3:26🤦‍♂️🤦‍♂️🤷‍♂️🤷‍♂️

Właśnie tutaj na 15km przebiegam w czasie 55:01!!!!! W Berlinie było 57:50!!!!🤦‍♂️🤦‍♂️

Wiec na 15km mam prawie 3min szybciej!! Jestem już naprawdę zniszczony, odczuwam bóle nóg i przebiegnięty dystans ale nie myśle że to dopiero początek i jedna trzecia biegu. Walczę dalej, myśle sobie co kiedyś mi mówił Mariusz Giżyński jak On przeżywa katusze i boleści i jak go boli jak biegnie na życiówkę na wyniszczenie. Dlatego tłumacze sobie że to ma bolec nawet żeby bolało bardzo bardzo, nie lubię się z czegoś wycofywać a że boli to nie oznacza żeby się poddać, nasza głowa będzie wysyłać różne sygnały do ciała aby te zaczęło bolec i daje nam sygnały żeby zwolnić lub stanąć i skończyć te katorgi. Ale nic z tego zaciskam zęby próbuje wyrównać oddech i lecę dalej.

Dobiegam do Greenpoint przy Puławski Bridge 13- sta mila i polska stacja wody plus pizza i inne mocniejsze ocieplające drinki 🥃🍹przecież to stacja POLSKA wiadomo że takie sprawy to tylko u nas👌💪. Oprócz tego pełno polskich flag i balonów i piękne dziewczyny podające wodę i izotoniki. Ja osobiście wbiegając tam czekała na mnie osobista grupa serwisantów 🙈🙈 Piotr Cypriyanski i Artur Tyszuk, którzy podają mi przygotowany specjalny eliksir życia ale jak już wiemy w tym momencie nic mi wstanie nie było pomóc!!!!dopingują mnie i to pomaga !!!

Wziąwszy butelkę z płynem wbiegam ostro na most gdzie mijam półmetek dokładnie 13.1mili czas 1:18:19!!! Proszę mi wierzyć że moja życiówka jeszcze dwa miesiące temu była 1:22:07!!!!! A tu zostało jeszcze tyle samo do pokonania a co później się przekonałem to była ta łatwiejsza połowa gdzie pokonałem dopiero jeden most i to na którym startowałem świeży a tutaj totalnie zmęczony czekały mnie jeszcze 4 sztuki i trasa z długimi podbiegami.

Ale zabawa trwa dalej a ja bawię się w białego Kenijczyka i zapier…lam na ostatnich oparach jak 40letni landrover sąsiadki z naprzeciwka🤦‍♂️,

….dobiegam do strategicznego miejsca w tym maratonie- Queensboro Bridge, proszę zapamiętać ten most jeśli się wybieracie do NY na maraton QUEENSBORO BRIDGE!!!!!

Żeby nie było nie jasności ze nie wiemy jak wyglądał albo że nie uprzedzałem !!! Dodaje zdjęcie 🙈.

Długość mostu ponad 3km, długość podbiegu 3km🙈🙈 bo nawet jak jest zbieg to tam jest pod górę!! Możecie zapytać każdego kto tam biegł i nie ważne czy nazywa się Wiciak czy Kipsang czy Kopeć, każdy odczuwa to samo.

Wbiegam na most długi długi podbieg i cisza jak makiem zasiał!!! Zero duszy, jesteś sam i słyszysz tylko krok za krokiem, słyszę każde uderzenie jak moje Continentala podeszwy z bostonów dotykają co chwile asfaltu!! Można dostać paranoi!! W połowie mostu punkt pomiaru czasu 25km gdzie wyniszczony mijam z czasem 1:34:35 w Berlinie ponad 2 min było wolniej. Jest to moment gdzie chce się zatrzymać i usiąść i już nie biegnąć!!!! Próbuje różnych sztuczek aby oszukać swoją głowę i próbuje nie zwalniać i dalej biegnąc ale 26km pokazuje mi pierwszy raz 4:02/km totalna klapa i załamka!!’ Podejmuje próbę przyspieszenia jest trochę górki plus wybiegam w 1St Avenue gdzie ogrom kibiców czeka i krzyczy jakby czekali na krew walczących gladiatorów !!! Km 26 oddaje i 3:30, następny 3:48 mówię sobie może się uda, może się zbiorę !!!

Ale przychodzi 28km i następne dwa gdzie na 3km jednostajnym podbiegu wyniszczają moje nogi totalnie!!!! Nie chcą biec, kurwa krzyczę!!! Jeszcze trochę tłumacze wstrzymajcie do 35km proszę!!! Ale boli, strasznie boli!!! Głowa chce, ja chce kibice rzeczą i chcą ale moje nogi już skończyły bieg, moje ciało już skończyło się !!!! Nie ma nic!!! Wyglądam jak trup!!! Mijam 30km jestem pokonany, wykończony i biegne i płacze z bólu!!! Ale mówię sobie będę pełzał a się nie zatrzymam, będę robił wszystko ale nie przejdę do marszu nie dziś!!!! Będę biegł i nie ważne jak szybko ale będę biegł!!! Następne kilometry to 4:07,4:09,4:16,4:33,4:18,4:18 i tak dalej człapie… w tym momencie to nie jest dla mnie bieg to walka krok za krokiem. Dobiegam do 38km i tutaj następna próba że jednak się zatrzymam albo będę szedł!!! Ale podejmuje próbę liczenia ile mi zejdzie iść przez ponad 4km i okazuje się że wole biec wolno w bólu niż iść w bólu, ale kryzys mija lekko i na 39 i 40 i 41 km odzyskuje lekki wigor i biegnę z bólem ale odeszły mi myśli abym zejść z trasy, może to magia Central Parku bo właśnie na 39km tam wbiegaliśmy i biegliśmy nim przez 3km następnie wybiegliśmy na chwile na 34th south wzdłuż parku gdzie znowu cały kilometr był podbiegu i na ostatnie 600m wybiegam do parku ponownie i lekko z górki pomiędzy flagami wszystkich biegnących narodów ustawionymi po bokach trasy, zmierzam zniszczony totalnie który wlecze swoje nogi niczym wojownik słaniający się na nogach ciągnie swój miecz po ziemi!!!

Przebiegam punkt 26mila zostaje 200 yardów !!!! Ostatnie dwieście jardów już mi nie robi różnicy że jest ostro pod górkę, czy to ma znaczenie? Przecież dziś przeszedłem przez piękna walkę dnia, walkę życia, bo tak jeszcze nigdy nie biegłem i tak jeszcze nigdy nie walczyłem bo można walczyć z bólem i go znieść ale najgorsza jest walka z NIEMOCĄ a taka właśnie miałem i odczuwałem od 26km !!!

Przebiegam przez linie mety i unoszę ręce do góry !!! Bo wiem że dziś wygrałem z samym sobą z moim ciałem które pozostało tam na Queensboro Bridge a moja dusza przybiegła tutaj na linie mety. Podchodzę dalej, opuszczam głowę aby został mi nałożony medal po który biegłem jak nigdy dotąd, jedni powiedzą ze jak głupiec, amator ale ja wiem że takiego biegu potrzebowałem, takiej lekcji bólu i takiej próby !!! Jeśli chcesz być silny i osiągać w życiu rzeczy nie możliwe trzeba podejmować próby niemożliwe. Nauka jest najlepszym sposobem na osiągniecie celu ale wtedy jeśli wyciągnie się z niej dobre wnioski.

Ja mam nadzieje ze będzie tak w moim przypadku.

Ale na jednym medalu dziś maraton się nie skończył ponieważ czekał na mnie drugi który kończy pewny etap w maratonach moich bo misja jakiej się podjąłem dobiegła końca!!

Przebiegłem 6 największych maratonów na świecie!!!! Jestem jednym z niecała 2 tysięcy ludzi na świecie co tego dokonali do tego dnia !!!! Przebiec maraton i ukończyć to przeżycie niesamowite!!! Przebiec i ukończyć sześć największych maratonów na trzech różnych kontynentach to naprawdę dla mnie wielkie osobiste wydarzenie.

LONDON 3:26 – można powiedzieć ze pierwszy normalnie przebiegnięty maraton w życiu

TOKYO 3:17- niesamowita wyprawa, niesamowita kultura. Jedna z najciekawszych moich maratońskich wypraw.

CHICAGO 2:58- symboliczny maraton ponieważ to właśnie tam złamałem pierwszy jak ważna barierę 3 godzin!!

BOSTON 2:57- najstarszy, historyczne miejsce dla maratonów. Pomimo ze przez kontuzje nie mogłem się do niego przygotować to mój najszczęśliwszy bieg jaki kiedy zrobiłem. Takiego uczucie nigdy i nigdzie nie miałem podczas biegu. Napewno tam wrócę i pobiegnę tam jeszcze raz.

BERLIN 2:42:13 PB – tutaj nic dodać nic ująć. Bieg życia do tej pory ale wynik oczekiwany ponieważ tak jak się przygotowałem pod ten maraton to jeszcze tak nigdy nie byłem. W tym biegu wszystko kontrolowałem od pierwszego km do końca. Wyrachowanie i profesorskie biegniecie na czas. Fajne przeżycie.

NEW YORK 2:51 – wszystko już chyba napisałem o tym maratonie, może prawie wszystko bo jest on taki przeogromny że mógłbym napisać książkę o nim. Takiego biegu jeszcze nie przeżyłem jeśli chodzi o emocje sportowe. Tutaj mogę powiedzieć że dałem z siebie wszytko co miałem tego dnia. Nie, nie prawda !!! Dałem tutaj tego dnia z siebie 200%!!! Tu też wrócę jeszcze aby rozprawić się z Queensboro Bridge.

I tak ukończyłem 6 Abbott World Marathon Majors !!!!

Misja dobiegła końca. Koniec roku biegowego uważam za zamknięty. Teraz oddaje się na odpoczynek zasłużony i nie chce słyszeć o bieganiu przez najbliższe pare tygodni 🤦‍♂️🏃🤷‍♂️.

Do usłyszenia niedługo

Chris Wiciak

Aby dotrwać do końca sezonu…

Zostało mi 5 dni sezonu biegowego który zakończę maratonem w Nowym Yorku.

Jestem już naprawdę zmęczony fizycznie jak i psychicznie i czekam aby było już po.

Ale na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas a teraz chciałem się podzielić jednym małym wydarzeniem które odbyło się ostatniej niedzieli 28th October.

Był to bieg na 10km gdzie pomimo mojego mniej intensywnego treningu miałem pobiec w trupa, czyli dać z siebie ile można w tym dniu.

Zanim ruszyłem z lini startu muszę wspomnieć że ostatnie 4 tygodnie po Berlińskim maratonie to czas odpoczynku i naprawdę delikatnego biegania z dwoma szybszymi akcentami gdzie nie wytrzymałem tempa i nie zrobiłem całego treningu i co z tym się wiązało był widoczny spadek formy.

Tydzień prędzej 20th w sobotę pojechałem na klubowe zawody sztafetowe 4x5km które odbywały się z trialowych warunkach czyli trawa,błoto i podbiegi.

Trasa okazała się dla mnie mordercza, a ze pierwsze dwa km przebiegłem w tempie 3:11 i 3:15 to do końca trasy ledwo dobiegłem bo tak mnie ścięło na 3 km ze nie miałem siły biec szybko. Przybiegłem po 15min30 sek (4500m się okazało) i byłem tak zmęczony jak po żadnym maratonie takiego czegoś nie czułem.

Wiec ostatniej niedzieli jadąc na te 10km za bardzo nie spodziewałem się fajerwerków ale miałem dobre przeczucie ponieważ w piątek wieczorem na treningu zrobiłem 4km szybkich jednostek gdzie biegłem po 3:25-3-20/km i dobrze mi się oddychało i kontrolowałem tempo.

Wiec stając na starcie byłem przekonany ze pomimo długiego sezonu zbiorę się jeszcze raz na moje wyżyny i pobiegnę dobrze równo co mi przyniesie poprawienie trochę mojego jakże słabego czasu na 10km 36:34🙈🤦‍♂️🙈🤦‍♂️

Wimbledon Common 9am: start i poszliśmy.

Na początku ustawiłem się jako trzeci i obserwowałem jakie tempo narzucą. Przeważnie jest to szybciej, bo się niektórzy wyrywają ale tym razem było spokojnie bo pierwszy km 3:26min/km, trasa na drugim lekko w dół i z automatu przyspieszamy i 2km pokazuje 3:16/km- szybko myśle ale tłumacze sobie ze z górki. Trzeci i 4 km wychodzą po 3:18/km. Wtedy odpada jeden i pozostaje nas dwóch. Następny 5 i 6km lecimy po 3:26-3:30/km, ale po 7km wyrasta nam długi 1km podbieg !!! Myśle sobie podbieg i na zbiegu odpocznę i będę próbował zostawić gościa za sobą.

Ale okazuje się ze na podbiegu klient mi uciekł na 25m ale ciśnie dalej. Wybiegam na górę zegarek pokazuje 8km 4:00/km wiec w głowie się kotłuje i jedyna myśl żeby przyspieszyć jak najmocniej na ostatnie 2km.

Zamiast zbiegu okazuje się że jest cały czas płasko już do mety, trochę mnie to rozczarowało ponieważ na podbiegu naprawdę dużo z siebie dałem i teraz okazuje się że nie mam aż tyle siły żeby przyspieszyć do 3:20/km.

Ale na tym 9km dostaje dodatkowego bodźca ponieważ doganiam gościa i go zostawiam z tyłu. 9km przebiegam po 3:35/km i próbuje lekko przyspieszyć na ostatnim km.

Na 400m do mety oglądam się za siebie widzę ze mam gdzieś 30-40sek przewagi i wiem ze to dziś jest ten dzień!!! W którym pierwszy raz wygram bieg !!!!

Niby śmieszna sprawa i mało znacząca ponieważ takich biegów gdzie startuje 500-800 osób jest co weekend dużo ale osobiście dla mnie człowieka amatora który rozpoczął dopiero bieganie jest to dodatkowy punkt motywacyjny a zarazem ogromna radocha oraz daje mi kopa na następny rok do dalszych treningów.

Ja wiem że mistrza ze mnie nie będzie ale ja ambitny człowiek jestem i rywalizację w krwi mam, wiec jak się nadarza możliwość rywalizacji to staram się brać udział i dać z siebie wszytko co najlepsze.

Po biegu wręczenie nagród i okazuje się że zgarnąłem dwa puchary ponieważ w kategorii V40 tez mi się należy 😂, do tego doszła mała nagroda pieniężna też pierwsza kasa jaką wygrałem przez bieganie💪🤷‍♂️.

Żona się śmiała że musiałbym wygrać z 500 takich biegów aby się zwróciło mi to co pochłonęły moje zawody, wyjazdy, obozy etc.

Nic, nie kasa jest najważniejsza w życiu ale rzeczy które przynoszą nam radość.

Czas jaki ukończyłem bieg tez był zadowalający bo zredukowałem go do 34min58sek co napawa mnie przekonaniu że 33min nie są aż tak daleko i niemożliwe jak by się wydawało rok temu.

Ponieważ co kiedyś było dla mnie sufitem jest teraz podłogą, na której coraz pewniej się czuje. 🤷‍♂️🤷‍♂️

W Piątek 3-ego Listopada melduje się na Manhattanie gdzie w spokoju spróbuje jeszcze raz w tym roku uruchomić swoją głowę aby przebiec z radością i w miarę komfortowo ostatni bieg roku.

Po nim spróbuje podsumować mój rok biegania w którym była radość, płacz, kontuzje i piękne i szybkie bieganie ale to dopiero za tydzień.

Teraz pakuje się i za ocean, weekendowy wypad po to co kiedyś mogłem tylko oglądać w Tv a teraz będę jednym z uczestników.

Marzenia się spełniają 👌💪🏃

Chris Wiciak

Berlin Marathon 2017 The best of the best

702693_261291303_XLarge

25th km maratonu….skupienie i koncentracja 

….dobiegam do 40km biegu spoglądam na zegarek 2:34:07, obracam nadgarstek lewej ręki i odczytuje rozmazany napis 2:34:00…w jednej chwili uśmiecham się szeroko do siebie, i pomimo ze ostatnie dwa kilometry przebiegłem w tempie po 3:38mim/km to próbuje jeszcze przyspieszyć, wyprzedzam już zmęczonych na trasie innych biegaczy jeden po drugim co jeszcze bardziej mnie napędza i cieszy. Zostały mi tylko dwa zakręty jeden w prawo następnie kilkaset metrów i w lewo na ostatnia prostą. Dobiegam do 41km, odczuwam już przebiegnięty dystans w nogach ale przyśpieszam jeszcze bardziej kiedy wybiegam na długą prostą, 800m do mety!!!

Wiem ze dobiegnę w zakładanym czasie co do minuty to jednak zapier..lam nogami szybko i jeszcze szybciej, nie oszczędzam się na tych ostatnich metrach.

Na 600m przed meta przebiegam pod pompowaną reklamą gdzie na drodze stoi DJ z mikrofonem i wykrzykuje moje imię i dopinguje jeszcze bardziej, słyszę wrzaski i oklaski zgromadzonych kibiców, obracam się do nich i klaszcze i dziękuje ale pomimo tego biegnę…. tak szybko jeszcze nie biegałem nigdy, a to ostatni km w maratonie. Później okazuje się ze przebiegłem ostatni kilometr w 3min24sek

Niesamowite jak rozłożyły mi się siły że od 30km tylko przyśpieszałem i ani razu nie zwolniłem i w tym okresie wyprzedziłem kilkadziesiąt osób.

Do samej mety finiszuje naprawdę mocno, wybiegam na metę, zatrzymuje zegarek 2:42:14 później okazuje się oficjalny o sekundę szybciej. Jestem spokojny i opanowany, zmęczony ale nie wykończony. Spokojnym krokiem idę w stronę medali po odbiór tego na którego ostatnimi czasy pracowałem naprawdę ciężko!!

Odbieram medal z rąk ładnej młodej niemieckiej dziewczyny. Moja misja tutaj się kończy, ale ja nie chce kończyć tutaj pisania i zacznę od początku…🙈🙈

Przygotowując się do tego maratonu miałem dwa cele aby całe przygotowania przebiegły bez poważnej kontuzji, a drugi cel to aby moc się tak przygotować aby pobiec na 100% moich możliwości i zejść z średnim czasem na km poniżej 4min. Co by dawało czas 2h48min Wiedziałem ze stać mnie na taki rezultat bo za każdym razem jak się przygotowywałem to coś nie grało lub jakaś kontuzja zakłócała moje przygotowania.

Tym razem wszystko szło naprawdę dobrze i pierwsze 7 tygodni przygotowań to ciężka praca która przygotowywała moje ciało do coraz większych przeciążeń oraz kilometrażu tygodniowego gdzie rozpoczynałem od 80km a kończąc na rekordowym tygodniu 215km. 🙈🙈

Po 7 tygodniach zacząłem czuć że jest dobrze i że moje bieganie idzie w dobrym kierunku.

A w sierpniu czekał na mnie 2 tygodniowy obóz w szwajcarskich alpach.

Według mnie to właśnie te 14 dni w St. Moritz odmieniło moje bieganie. Nie odbyło się to od dotknięcia zaczarowanej rożki bo przebiegnięte kilometry tam oraz morderczy trening i intensywność oraz wysokość na jakiej trenowałem musiały dać efekt.

Do tego doszły porady i treningi z Mariuszem Giżyńskim.

Na tym obozie moja pewność siebie rosła

z dnia na dzień, moc jaka zacząłem czuć w drugim tygodniu obozu była zauważalna w każdym aspekcie treningu.

A wisienką na torcie to był bieg w pół maratonie w niedziele zaraz po przyjeździe ze Szwajcarii.

Trener Slezak napisał w dzienniczku treningowym: Chris łamiemy 1H20min!!!!hmm

Ja w tym momencie już złamałem to w głowie, i było mi mało, powiedziałem sobie 1H18min to minimum i pobiegłem naprawdę najspokojniejszy mój bieg na 21km 1h16min59sek!!! Ze średnia 3:38min/km Niesamowite.

Po pół maratonie przypadkiem pojawiłem się w lokalnej gazecie 

n bieg, ten czas i w jakim stylu go osiągnąłem dał mi takiego powera i pewności siebie i wiedziałem ze tylko kataklizm może spierdolić mi mój maraton w Berlinie.

Założenia były takie jeśli będzie 1:18 na połówce to będę próbował łamać 2:45 w maratonie ale wynik 1:16 dał mi mętlik w głowie trochę ponieważ nie chciałem przesadzić z tempem i robić duży przeskok z ostatniego maratonu ale w ostatnim tygodniu podjąłem decyzje ze pobiegnę na czas który kiedyś sobie życzyłem ze na 42-gie urodziny przebiegnie maraton w 2:42. Poważnie tak sobie marzyłem, wiec jak poczułem ze przyszła taka okazja to dlaczego jej nie wykorzystać.

Dlatego po przyjedzie do Berlina w Piątek wieczorem rozpisałem sobie cały maraton i nauczyłem się tych czasów na pamięć.

W sobotę rano przebiegłem 7km na pobudzenie następnie odebrałem numer, spotkałem ze znajomymi i udałem się na odpoczynek.

Rano wstałem o 6am zjadłem 2 jajka i banana z masłem orzechowym, kawa i gotowy do biegu pojechałem samochodem na start.

Stres dopiero mnie dopadł na 15min przed startem zaraz po rozgrzewce gdzie w kolejce do toitoja stałem 13min i wychodząc wskoczyłem w sector A na 90sek przed startem 🙈🙈🙈.

Ale spokojnie zdążyłem na prezentacje trzech najszybszych maratończyków na świecie którzy stali w pierwszym rzędzie.

9:15am i wystartowaliśmy, pierwsze kilometry jak zawsze wszyscy biegną za szybko i wyprzedzają się na wzajem.

Pierwsze 10km spokojnym tempem osiągnąłem pomiar czasu 38min, na 20km mijałem punkt pomiaru w czasie 1h17min ale na połówce maratonu 1h:21min poczułem się naprawdę źle. Ciężko zaczęło mi się oddychać i poczułem zmęczone nogi, strasznie dziwne uczucie bo to był dopiero 21km. Pomyślałem żeby może wziasc pierwszego żelka ale po chwili zastanowienia na 22km wziąłem tabletkę przeciwbólową pod język i po 2km przestało mi dokuczać, poczułem się ponownie dobrze, na 25km wziąłem pierwszy żelek, popiłem woda i przyspieszyłem.

30km pamietam ten czas zawsze najdokładniej, bo to w maratonie taka magiczna liczba. Każdy się jej obawia dlatego ja tym razem planowałem ze mijając ten punkt zacznę przyspieszać. Wiec wziąłem drugiego żelka następnie spojrzałem na zegarek i widzę 1h:55min i Wszytko idealnie tak jak napisałem na ręce.

W tym momencie zacząłem mijać ludzi, jeden po drugim, ogólnie zauważyłem że biegnący ze mną lub przedemną zaczynają zwalniać lub mieć problemy już od 28km. Im dalej biegłem tym więcej ludzi jednak odczuwało skutki tego morderczego dystansu i zwalniało albo stawali i szli bo skurcze ich dopadały.

35km zażywam ostatniego żelka i pokonuje kilometry w czasie 3:37, 3:38,3:42 dobiegam do 38k. Hmmm bardzo osobisty to dla mnie kilometr i miejsce właśnie tutaj w Berlinie ponieważ tutaj na tym km i na tym punkcie wodnym w 2013 roku tak złapały mnie skurcze ze leżałem pod stolikami i nie mogłem wstać z bólu!!!

Ale nic tym razem się nie wydarzyło, jedynie co zrobiłem to spojrzałem na lewa rękę swoją i na napis na niej – MOOOC !!! Wziąłem dwa palce i przyłożyłem do napisu aby poczuć coś co nie każdy może rozumie mojego zachowania,a ja nie chce tłumaczyć.

Powiem tylko że jak potrzebowałem pomocy i czegoś dodatkowego to właśnie ten punkt wypisany na ręce był i służył właśnie do takich chwil że poprzez dotyk wyzwala

w sobie jeszcze więcej siły!!!’ 🙈🙈🙈🙈działa !!!!

Pomogło bo do 40km dobiegłem zmęczony ale naprawdę zadowolony ……..

Reszte już znacie … 🙈🙈🙈

Sumując- pierwszy raz przygotowania do maratonu odbyły się w 95% bez zakłóceń. Mogę napisać ze nie miałem kontuzji ani dłuższej przerwy w treningach. Wykonałem wszystkie zakładane i rozpisane jednostki treningowe- tutaj największy ukłon do Piotra Slezaka za trud jaki włożył w rozpisywanie moich treningów i analizę ich i dopasowywanie poddemnie. Przez 12 tygodni przygotowań przebiegłem 1396.4 kilometrów i wykonałem 91 jednostek treningowych, odbyłem mordercza prace w St.Moritz, gdzie przebiegłem 367km w 14dni i spewnościa w następnym roku tam wracam i będę chciał zabrać kilku odważnych którzy wraz ze mną wspólnie będzie się przygotowywać do swoich imprez, bo w kupie jest siła.

Nie mogę tu ominać bardzo ważnej kwestii jaka jest żywienie i dieta i że przez ten cały okres byłem monitorowany i miałem ułożony plan żywieniowy dokładnie rozpisany na poszczególne posiłki i dni oraz full suplementacja oparta na moich badaniach krwi, wszystko pod okiem najlepszej specjalistki w sprawach żywieniowych Doroty Silarskiej.

Wiec ostatnie 12 tygodni podporządkowałem tylko pod ten jeden bieg, gdzie nie było łatwo połączyć i zgrać z moja intensywna pracą zawodowa która pochłania mi więcej czasu niż norma wskazuje a treningami i rodziną która już chyba się przyzwyczaiła do mojego konsekwentnego trybu treningowego.

I co dalej teraz??? Czy osiągnąłem szczyt swoich marzeń??

Nie.

Bo to nie marzenia tylko cele które sobie sam wyznaczam, ale  to całe moje bieganie to przede wszystkim bardzo dobra próba charakteru,

bo …

„ bieganie ma taki wymiar, jaki mu nadajesz…” W tym tygodniu odpoczynek i lekkie bieganie, w następnym tygodniu próba zrobienia życiówki a 10km i przygotowania pod New York Marathon 5th Listopada.

Tam nie spodziewam się PB ponieważ topografia terenu bardzo trudna, ale napewno pobiegnę szybko i na maxa swoich możliwości bo inaczej nie umie. Charakter mój nie pozwala inaczej, a ogólnie nie pochwalam jak się mówi żeby maraton sobie przebiec treningowo.

Wiec do usłyszenia już w listopadzie.

Chris Wiciak lat 42 z czasem 2:42:13!!!  ;-))

  

ST.Moritz …..magiczne miejsce dla biegaczy.

Na ten obóz czekałem z utęsknieniem i odliczałem dzień za dniem do wyjazdu.  To moja pierwsza wyprawa na takie wysokości w bieganiu i byłem ciekaw jak zachowa się mój organizm i jak poradzę sobie sam bez grupy biegającej ze mną. Co prawda był na obozie Mariusz Giżyński ale to tak jakbym chciał biegać z MoFarah hehe, ale nie powiem kilka treningów zrobiliśmy.

Na obóz wybrałem się samochodem ponieważ mogłem zabrać wszystkie przyrządy do ćwiczeń oraz jedzenie które w Szwajcarii jest droższe niż w Londynie co pozwoliło mi obniżyć koszty pobytu.

Do Szwajcarii przybyłem już w piatek w południe gdzie po drodze odwiedziłem siostrę i szwagra pod Zurichem i tam przeprowadziłem pierwsze dwa treningi. Następnego ranka udałem się do miejsca docelowego jakim było St.Moritz.

Ostanie 50km do St.Moritz to najlepsza przyjemność jazdy, ponieważ dawno takich pięknych widoków nie podziwiałem. Piałem się serpentynami w górę na przełęcz Julierpass prawie 2300m, następnie w dół do miasteczka. Po drodze mijałem piękne 3 jeziora które rozcieraja się na długości 20km.

Same st.Moritz urzeklo mnie od pierwszego kontaktu wzrokowego, czegoś takiego dawno nie widziałem. Miasteczko położone nad jeziorami, a wokół  otaczajace wysokie skaliste u szczytów góry!!!! Mógłbym godzinami tutaj biegać i enjoyować sie pięknymi widokami.

IMG_2149IMG_2059

Jak dotarłem na miejsce to jedyne co chciałem zrobić to ubrać buty i iść pobiegać, bo już nie mogłem się doczekać. Wiec szybko się rozpakowałem, co nie było proste ponieważ troszkę rzeczy miałem.

Szybka wprowadzka do pokoju i ubrałem buty i wyruszyłem w pierwszy dziewiczy bieg…hhehe ..na początku wolno aby zobaczyć jak się oddycha jak samopoczucie. Ale o dziwo biegło mi się dobrze, i co się okazało w miarę szybko jak na trucht. Pierwsze km jakie zrobiłem to jak radość dziecka z nowej zabawki dopiero kupionej!!! Biegłem i chciałem podskakiwać do góry, może to śmieszne ale ja się nasłuchałem tyle o tym miejscu od ludzi którzy na codzień się zajmuja profesjonalnie bieganiem, że to najlepsze miejsce do biegania w europie i jeśli przygotowywać się do czegoś ważnego to tylko St.Moritz. To tutaj kilka tygodni przed moim przyjazdem przygotowywała się cała śmietanka najlepszych lekkoatletów przed Mistrzostwami Świata w Londynie, dlatego biegając teraz tutaj mogłem się poczuć przynajmniej przez te dwa tygodnie jak Pro biegacz który szlifuje swoja formę  na najważniejszy start roku. W moim przypadku będzie to maraton w Berlinie 24th Września.

Będąc tutaj już w pierwszy dzień złamałem swoja zasadę że nie trenuję z telefonem przy sobie. Trening dla mnie to bardzo ważne wydarzenie na którym zawsze koncentruje swoja cała uwagę i nie potrzebuje dodatkowych nośników poza zegarkiem. Ja musze się skoncentrować na oddechu podczas biegania na każdym elemencie treningu i obecność telefonu albo słuchawek bardzo mi przeszkadza w takich rzeczach. Ale dziś nic mnie nie powstrzymało od złamania mojej zasady i pomimo że mój iphone jest bardzo duży zabrałem go ze soba na trening w celu uwiecznienia tego wydarzenia. Praca z samo-wywoływaczem zawsze mi dobrze szła i za pierwszym strzałem kamery ująłem esencje całego St.Moritz, przepiękne błękitne jezioro z przezroczysta woda a nad nim wyłaniaja się szczyty urodziwych Alp Szwajcarskich.fullsizeoutput_ba6

“(nagrane po jednym z pierwszych treningów)”

Jadac tutaj chciałem poczuć magie tego miejsca.

Czy poczułem???  myśle ze już po 3-4km wiedziałem że decyzja aby nie jechać na obóz do Szklarskiej z grupa Slezak Team a wybrać St.Moritz była trafna w 100% choć nie przyszła łatwo.

Mój kortyzol i adrenalina były u szczytu!!! I takiego kopa mi dawały ze pierwsze 5km biegłem pod góre nachylenie z 7% i nie chciałem zwolnić, tylko ciagłem do góry jak głupek hehe. Trening zakończyłem po 11.5km i był to mój najszczęśliwszy bieg treningowy jaki odbyłem sam.

Poddałem sie podczas tego biegu magi tego miejsca i płynąłem przebierając nogami nie zważając co zegarek pokazuje, a mówili i przestrzegali żebym uważał bo może zatkać bo góry i wysoko, ale nie myślałem wtedy jak biegłem o tym. hehehhe

Nie zamierzam tutaj opisywać każdy mój trening lub dokładnie dzień bo musiałbym pisać i pisać. Ale przedstawię wam jak wyglada mój typowy dzień na takim obozie.

Dzień rozpoczynałem o 7:45am

8:15am  breakfast – większości było to 4 plastry bekonu i 4-5 jajek sadzonych plus zielone warzywa, roszponka

10:30am -11am wchodziłem na pierwszy trening, przed wyjściem było oczywiście rozciąganie i rożne ćwiczenia

12:30pm jadłem Lunch – lekki czyli zielone świeże warzywa, lub warzywa pieczone plus salmon

13:30-16:00 odpoczynek plus drzemka

16:30-17:00 drugi trening

18:30 siłownia na której robię rozciąganie i ćwiczenia stabilizacyjne lub basen z masażami wodnymi, wszystko zależne jaki treningi miałem danego dnia

20:00 dinner – tutaj ładowałem się węglami (makarony, ryż,quinoa,kasza) plus mięso wołowe, lub indyk. Tym razem nie jadłem ani razu kurczaka, bez powodu, bez przyczyny.

21:00 już leżałem w łóżku i relaks i odpoczynek.

IMG_1562Moja rozpiska dnia wisiała na ścianie.6BE82A54-5C34-4F58-A535-96590265C76D

Jeśli chodzi o trening biegowy to w pierwszym tygodniu biegałem rano sesje cięższe czyli interwały, lub 3x3km lub 10x 1km lub 28-30km z narastająca szybkość, przeważnie było to kilometraż 18-24km, wieczorny trening to o wiele łatwiejszy gdzie spokojne bieganie było i to tylko 10-12km w tempie wolnym 4:50-4:30/km. Jednak najbardziej mnie jarały biegi ciężkie, gdzie biegłem 30km z tym że ostatnie 20km to już w tempie poniżej 4:00/km a ostatnie 8-10km to już po 3:45-3:35/km czyli jak na obecna chwile to dla mnie bardzo szybko.

Następny trening jaki przypadł mi do gustu to 3x3km 3:40-3:35/km z przerwa 4min  trucht plus 3x1km 3:30-3:20/km przerwa 3min trucht. Wszystko w jednym ciagu gdzie wychodziło ponad 22km wszystkiego razem z początkowymi rozgrzewającymi kilometrami.

W pierwszym tygodniu czekałem na dwie rzeczy, pierwsza to kiedy pójdę na trening z Mariuszem Giżyńskim a drugi to kiedy pobiegam po tracku na stadionie interwały heheheh…takie małe rzeczy a ile radości.  Pierwszy trening z Mariuszem wsadzę fragment z mojego pamiętnika obozowego:

Wtorek 22/08/17

…dziś piękny dzień od samego rana, słońce i błękitne niebo!! Pobudka standartowo o 7:45am i śniadanie syte: zielenina z boczkiem i 5 jajek sadzonych plus 1L wody ciepłej z cytryna. Chwila relaksu do 10:30am i czas na rozciąganie i wyjście na trening..

  • pierwszy trening to 20km w tym 12km zakres II 3:50-3:55min/km później dodałem 5x 1min sprint w tempie 3:08min/km 

….biegało mi sie naprawde dobrze , nogi podawały i kilka sekund  za szybko dzis było na każdym km ale bardzo udany trening. Tętno było w normie jak na obecna chwile. 

  • wieczorny trening miał być 10km spokojnie, ale na obozie jest też Mariusz Giżyński jeden z najlepszych polskich maratończyków , nasza polska gwiazda dla takich jak ja zwykłych ludzi próbujących coś tam dreptać każdego dnia to spotkanie kogoś takiego i możliwość treningu wspólnego to więcej o co prosiłem :-)).Wiec miałem lekkie wybieganie z nim, wyszło trochę szybciej niż miało być bo “truchtaliśmy” po 3:55-4:05min/km,  tzn on truchtał a ja biegłem hehe.
  • …Po 10km poszliśmy na stadion i na bosaka zrobiliśmy kilka okrążeń po trawie plus rozciąganie “technika Mariusz Giżyński”  i do tego 10x sprinty 100m/100m rest  i na koniec mrożenie mięśni w strumyku lokalnym przy boisku. Piękna sesja treningowa, mógłbym z nim trenować każdego dnia. Samo rozciąganie które u większości amatorów strasznie kuleje bo albo się nie rozciągamy albo robimy to w bardzo zły sposób nawet nie wiedzac o tym. Przy takich ćwiczeniach wystarczy zła pozycja bioder lub ułożenie nogi i ćwiczenie dane jest technicznie źle robione. Wiec dobrze wiedziałem że jak mam brać coś dobrego z tych spotkań z Mariuszem to właśnie takie rzeczy które robimy razem i w których mam największe braki.  Następny trening z nim już za kilka dni, już się nie moge doczekać.  

To był fragment z moich dziennych skryptów.

Stadion w St.Moritz -magia troche wokół tego miejsca jest i odczułem osobiście na swojej skórze. Odbyłem tak kilka sesji treningowych z interwałami, podczas których dostawałem zawrotów głowy i odcinało dopływ powietrza totalnie!!! Ale tak się dzieje jak taki amator jak ja próbuje biegać 800m lub 600m interwały w tempie 3:08min/km to wtedy musi zatkać. Ale taki ciężki trening napewno mi pomógł niż zaszkodził.

Więc pierwszy tydzień mijał lepiej niż myślałem, zamknąłem go 215km gdzie to moje najwiecej wybiegane kilometry  w ciagu 7 dni,  a miesiąc Sierpień z 29 dniami biegowymi i z 49 jednostkami treningowymi dał mi rekordowa ilość 675km!!!!! ze średnia 4:38min/km. Gdy to sobie podliczyłem lekko się przestraszyłem ponieważ nigdy wcześniej takich kilometrów moje nogi nie przebiegły a o dziwo głowa mi podpowiadała że nie jestem zmęczony i mogę nadal kontynuować taka sama intensywność moich treningów.

fullsizeoutput_a6b

(zielone kreski to jednostka treningowa)

Więc po analizie pierwszego tygodnia już w poniedziałek z rana czekał mnie bardzo ciekawy trening którego lubię najbardziej,jak jestem w formie hehehehe czyli bieg z narastająca szybkością. Tym razem miałem 28km total gdzie pierwsze 10km na spokoju na rozruszanie kości po 4:30/km następne 10km pobiegłem po 3:58/km i zostało mi 8km najlepszego biegania.

Lubie takie coś jak mija 20km zaczynasz czuć w nogach dystans i musisz przyśpieszyć o następne 10sek/km. Tym razem biegałem przy lokalnym lotnisku koło St.Moritz (Celerina) gdzie trasa płaska jak stół i długie odcinki gdzie można naprawdę szybko pobiegać. Miedzy innymi M.Giżyński robił tutaj często swoje szybkie odcinki. Wracając do ostatnich km treningu to zmusiłem swój organizm aby wszedł na moje największe obroty i każdy km pokonywałem po 3:35-3:38min/km na 27-mym kilometrze poczułem że jeszcze chce przycinać ale tak porzadnie i chciałem się naprawdę zmęczyć i przebiegłem ten przedostatni km po 3:17min/km !!! Normalnie jak zegarek pokazał mi taki czas to nie chciałem się zatrzymać, ponieważ takiego kopa się dostaje jak widzisz że zaczynasz naprawdę robić postępy  w bieganiu i że właśnie jesteś tutaj i to przynosi efekty.  Po zakończeniu 28km chwile dychnałem, 3min i lekkim truchtem po 4:50/km wróciłem 4km do pokoju.

fullsizeoutput_a35

Tego dnia już nie biegałem więcej. Pojechaliśmy do Livigno (Italy), gdzie objadaliśmy się pizzami i popijaliśmy włoska kawa, jedzenie wyśmienite a do tego tak tanio to nawet w PL nie ma heheheh. Spędzone popołudnie było bardzo relaksujące i bardzo pomogło mi oderwać się od rygoru treningowego i dietetycznego.

IMG_1984

Następne dni nadal były intensywne w bieganie oraz w ćwiczenia stabilizacyjne, gym. We wtorek poszliśmy na spa gdzie wodne masaże masowały nasze przemęczone mięśnie, oprócz tego w pokoju dozowałem sobie co wieczora moczenie w solankach oraz w chlorku magnezu. Patrząc na regeneracje przy takiej ilości km musze przyznać że starałem się mieć wszystko co było potrzebne wraz z duża ilościa wypoczynku oraz dieta która miałem rozpisana wcześniej. Jednym słowem miałem jak paczek w maśle heheheh.

Środa zrobiłem poranny trening i w południe udaliśmy się na wyprawę kolejka na wysokość 3303m szczyt Corvatsch gdzie siedząc popijaliśmy dobra kawę i podziwialiśmy przepiękne krajobrazy. A widok jest naprawdę nie ziemski.

2272DA67-15BB-41FD-9926-6132E541BD46

IMG_2151

Wyprawa nasza oprócz widoków miała też inne podłoże że chcieliśmy na tej wysokości dotlenić się jeszcze bardziej hehehe i dostarczyć do naszej krwi jak najwiecej oxygenu. Może to śmieszne ale muszę powiedzieć że na podświadomość działa gdzie późniejszym czasie się przekonałem. Dzień zakończyłem wieczornym bieganiem plus ćwiczenia na siłowni.

Jeden z ostatnich mocnych i ciężkich treningów czekał na mnie w czwartek, gdzie miałem robić 10x1000m w tempie pół maratonu na przerwie trucht ale nie wolniej niż 5:00/km. Aby dodać trudności i smaczku do treningu pojechaliśmy na specjalny 1km odcinek na około jeziorka na wysokości 2550m!!!!! Wyciag dojeżdżał do 2200m i reszta na nogach około 3km trasy w góre, ale przy takich widokach można iść i nie czuć zmęczenia.

IMG_2223

Jak dotarliśmy do celu zostałem oczarowany miejscem!!! Normalnie coś pięknego. Piękne błękitne jezioro a w okół utwardzona trasa do biegania wraz z oznaczeniami co 100m, wszystko idealnie jak w Szwajcarii heheh. Nic tylko biegać lub spocząć na ławeczce i podziwiać piękność natury!!!! Ale ja zdecydowałem się na opcje pierwsza i najpierw ostrożnie pierwszy km 5:00/km następne dwa po 4:40/km i rozpocząłem szybkie 1km – pierwszy 3:39/km, następnie 3min po 4:50/km i troszkę przyśpieszyłem gdzie następne 9 razy wyszło po 3:35-3:36min/km. Ale po 5 razie myślałem że nie utrzymam tempa bo co chwile silny wiatr zawiewał, ale dotrwałem do końca ale ten ostatni to już na fantazji bez  sił ale 3:35/km ubiegłem i padłem. W tym momencie naprawdę brakowało mi powietrza i jak się podniosłem po kilku minutach to w głowie tak mi się kręciło że potrzebowałem szybko się woda polać!!! Trening wykonany, 20km na wysokości 2550m nad poziomem morza zrobione!!!! to był ostatni taki mocny akcent na tym obozie. Do końca tygodnia pozostało tylko kilka jednostek biegowych i w sobotę wracam do domu, gdzie z marszu czeka na mnie pół maraton pod Londynem, mój target to złamanie 1H20min a tak naprawdę w głowie mam 1H18min bo wtedy taki rezultat dałby mi spokojna głowę przed maratonem w Berlinie.

Podsumowując cały obóz nie da się tego ująć jednym zdaniem,

…dla mnie to sportowa przygoda życia, pomimo że każdego dnia katowałem organizm mocnymi jednostkami treningowymi to robiłem to w tak przepięknym otoczeniu że nieraz zapominałem o bólu. Jadac tutaj nie wiedziałem czego się mogę spodziewać ale to co tu przeżyłem przeszło moje oczekiwania i wypełniło mnie całkowicie. Takiego powera jaki czuje teraz i takiej spokojnej głowy, pewności siebie nie czułem nigdy wcześniej podczas przygotowań. Chciałem podziękować Arkowi Gardzielewskiemu że zrodził we mnie pomysł tego obozu, Mariuszowi Giżyńskiemu za wspólny czas i treningi, Piotrowi Ślęzak za trafne rozpisanie każdej jednostki treningowej i jeszcze kilku osoba które sprawiły że ten obóz mógł się odbyć i był taki niezwykły dla mojej osoby. WIELKIE THANK YOU!!!

ps.

Jak wspominałem wcześniej w niedziele zaraz po przyjeździe z obozu wystartowałem w pół maraton w Maidenhead. Pomimo że byłem nie wyspany i zmęczony podróża z Szwajcarii pobiegłem moje najlepsze 21,1km w życiu jak dotychczas gdzie wykręciłem czas  1:16:59 poprawiając dotychczasowy wynik o 5min5sek.!!!!Średnia to 3:38min/km!!..

…hmmm co date mi ten wynik??? może nic ktoś powie,

…ale mi daje SPOKÓJ W GŁOWE.

IMG_2374IMG_2375

Pozostaje dwa tygodnie do najważniejszej próby tego roku, nic już więcej nie poprawie, teraz pozostaje mi tylko spokojnie  i lekko trenować do 24-tego Września. Nic sobie nie mam do zarzucenia, cały okres 12 tygodni przygotowań wykonałem najlepiej jak potrafiłem i na tyle ile mogłem i jakie miałem możliwości. Teraz znikam, wylogowuje się z  FB,Instagrama etc i focus, spokój, odpoczynek.

Zapraszam wszystkich na 24 Wrzesień Berlin godzina 9:00am.

This slideshow requires JavaScript.

Kind Regards

Chris Wiciak

121st Boston Marathon 2017

Jest kilka dni po moim maratonie w Bostonie siedzę wygodnie na leżaku nad basenem hotelowym w tropikalnych warunkach, graco i wilgotno 30deg, późno 2:00 nad ranem i zastanawiam się jak mam przelać na papier coś co przeżyłem i  poczułem pierwszy raz podczas biegu hmm…..

IMG_7651

.  Ale zanim do tego przejdę chciałem przypomnieć słowa które chce powtórzyć jeszcze raz:

JEŚLI POTRAFISZ O CZYMŚ MARZYĆ, POTRAFISZ TAKŻE TEGO DOKONAĆ

…to te słowa mnie nakręcały przez ostatnie dni przygotowań i podczas biegu.

Jeśli ktoś się spodziewa dramatu dziś, to może się poczuć troszkę rozczarowany bo takiego nie było hehehe, ale biegnac w Bostonie odczułem coś czego jeszcze nie doznałem podczas dotychczasowych biegów, dlatego proszę pozostać do końca  🙂 .

Monday 17th April 2017 – ta datę nie zapomnę do końca moich dni. Może niektóre rzeczy nie doceniam bo przychodza mi za łatwo ale uczestnictwo właśnie w tym maratonie odczułem bardzo specjalnie i myśle że tutaj nastapił punkt zwrotny w moim bieganiu.

5.00am miasteczko Somerville pod Bostonem – Słyszę dzwoniacy budzik,

………..wyspany i spokojny zrobiłem sobie kawę i 2x jajka na miękko plus batonik energetyczny. Do startu jeszcze daleko bo dopiero o 10am więc mogłem spokojnie więcej zjeść ale to mi starczało dziś. Pod czas śniadania byłem o dziwo bardzo spokojny i wyciszony, jak nigdy, jak nie ja, i nie było to spowodowane jetlogiem (różnica czasu).

IMG_6872

Oczywiście byłem już spakowany dnia poprzedniego więc tylko zamówiłem ubera i jazda na metę biegu gdzie w pobliżu stały autobusy i przewoziły nas na start do miasteczka Hopkinton gdzie miał nastapić 121st z rzędu najstarszy maraton. Ja biegłem z stanowiska 1-szego ale z sekcja 4. Ogólnie stanowiska do startu i numery przydzielane sa do osiagniętych wcześniej wyników, czyli im mniejszy numer tym szybszy zawodnik.

Tym razem uber przyjechał inny, amerykański ford  lata 70’s i a w nim biały amerykanin z długim wasem. Bardzo przyjemny Pan, kilka słów zamieniliśmy ale ogólnie cała podróż byłem spokojny pełen optymizmu. Moje autobusy odjeżdżały miedzy 6am a 6:40am, więc celowo dojechałem na 6:40am aby opóźnić przyjazd na linie startu, nie chciałem tam długo czekać.

IMG_6917

(6:30am gotowy do podróży na linie startu)

Ale w czasie tej podróży miałem prawie godzinne na ostatnie przeanalizowanie biegu. Dzień wcześniej zrobiłem plan na bieg, bo bez tego nie miałbym punktu docelowego. Wiec ustaliłem że nie mogę pobiec na wariata i próbować wyniku jaki planowałem na poczatku przygotowań ale że nie chcę pobiec go za wolno bo krótsze męczarnie szybciej się kończa heheheh, wiec założenie było aby pobiec tak jak w Chicago i zmieścić się poniżej 3H.

W głowie ułożyłem sobie że biegnę pierwsze 5km  4:15 -4:10min/km ale ze każde 5km robić będę około 21min. I dopiero od 25km rozpisałem sobie na ręce miedzy czasy, wiec miałem mieć 1H:45min na 25th km na 30km 2h:06min,  35km 2h27min i  wiedziałem że jak dobiegnę w tym tempie do tego 35km to ukończę ten bieg poniżej 3H bo motywacji miałem naprawdę dużo aby tego dokonać.

NASTAWIENIE JEST MAŁA RZECZA, KTÓRA ROBI DUŻA RÓŻNICE

Może moje myślenie było szaleństwem aby porywać się na czas na który w Chicago (October 2016) przygotowywałem się ciężko przez kilka miesięcy ale teraz jestem z każdym dniem lepszym i madrzejszym biegaczem i pomimo że straciłem ostatnie 40 dni przygotowań to czułem że mentalnie jestem gotowy powtórzyć ten wynik, przecież cieżko trenowałem na obozie gdzie po Szklarskiej Porębie przebiegłem prawie 180 km w tydzień wiec nie zakładałem planu B lub innego scenariusza jak tylko bieg na sub 3H, wiec nie pozostawiłem mojej głowie miejsca na słabość i rozmyślanie.

Więc podróż minęła szybko, jak dojechaliśmy na miejsce to byłem bardzo zauroczony organizacja przed startem i Campem jaki był przygotowany dla czekajacych na swój start. Ja osobiście miałem ponad 2H do startu wiec zdażyłem coś jeszcze podjeść, (rozdawane były różnego rodzaju napoje i batoniki energetyczne oraz rogaliki, bułki, etc), ja osobiście skorzystałem z medytacji do której dostawałeś słuchawki i drivera z muzyka  i poduszeczkę na której spoczałem i z zamknientymi oczami oddałem się głębokiej medytacji.  To  była fajna forma relaksu i wyciszenia się przed czekajacym mnie startem.

IMG_8007

(2godz. przed startem)

Na swoje stanowisko dotarłem 15min przed startem, rozciagałem się przez 10min i wskoczyłem w wyznaczony sector 1(4). Kilka minut do startu zostały wyczytane nazwiska kilku najlepszych zawodników większości z Kenii i Ethopii ale największe brawa otrzymał Amerykanin Galen Rupp 21 lat bardzo perspektywiczny zawodnik który specjalizował się w 5k i 10k gdzie na olimpiadzie w Londynie był drugi zaraz za Mo Farah, a od jakiegoś czasu próbuje swoich sił w pół maratonach i ostatnio w maratonach.

Po prezentacji nastapił czas na alla kapela hymn amerykański i na koniec hymnu z sekundowa precyzja przeleciały nam nad naszymi głowami dwa odrzutowce F-15 z 104-th Dywizjonu Sił Powietrznych Ameryki,   wow to było bardzo widowiskowe i ciarki przeszły nie jednemu po plecach. Ale czego mogłem się spodziewać po amerykanach i to jeszcze przy tak ważnym i prestiżowym maratonie.

Wybiła 10am i ruszyła elita, a zaraz za nimi następne sekcje, ja wybiegłem około 2min za pierwszymi.  Pierwsze 5-6km bardzo stromo w dół i już widać że niektórzy  pędza na skręcony kark!!!! A ja się pytam co będzie za 35km i czy oni nie widza że słońce daje z nieba niemiłosiernie!!!! a do tego trasa naprawdę jest trudna techniczne i ma pełno podbiegów!!!  Ale to mój któryś z kolei maraton i ja jednak myślenie właczyłem od pierwszego km i  jak sobie powiedziałem tak biegnę 4:13, 4:13, 4:09, 4:15, 4:04 – mijam pierwsze 5k 21:08 wszystko według planu co do sekundy można powiedzieć.

Następne kilometry 6-sty 4:12, i 7-my 4:12, i właśnie po 7km przychodzi inne myślenie i szybka analiza, po co ja się spinam i stresuje co chwile miedzy czasami i co 20sek spogladam na zegarek!!!! Przecież to nic nie zmieni!! przecież to wariactwo co robie, zero przyjemności i stres totalny..!!! .. i szybko dochodzę do wniosku że nie będę spogladał na ten cholerny zegarek co kilka sekund i pilnował tempa, postanawiam się cieszyć biegiem…mówię do siebie …rozejrzyj się chłopie wokół siebie, zacznij oddychać amerykańska wsia, podziwiaj mijajace jeziora i zielona przyrodę, śpiewajace ptaki, raduj się z ludzmi stojacymi na tym upale i kibicujacym !!!!  Wiec biegnę i uśmiecham się do siebie i do kibicujacych ludzi, nie spogladam na zegarek teraz co chwile. Do 25km to sa moje najlepsze przebiegnięte kilometry jakiekolwiek przebiegłem!!!!!! Takiej radochy i przyjemności z biegania nie miałem jak nigdy dotychczas!

Musze tutaj napomnieć że jak nigdy wcześniej, piłem wodę i się polewałem co 5-7km, żelek energetyczny pierwszy wziałem dopiero po 17km, drugi na 30km i trzecie na 37km, dodatkowo na 35km raz dawkowałem torebkę sóli ale profilaktycznie dla przestrogi.

IMG_8013

(sprawdzenie międzyczasu)

Dopiero na 25km dochodzi do mnie aby sprawdzić międzyczas, na ręce pierwsza notatka 25km 1H45min , mijam pomiar i pokazuje  1h44min hmm myśle sobie minuta zapasu ostatni km przebiegnięty pokazuje 4:09/km wiec wszystko pod kontrola, nie odczuwam zmęczenia, nie czuje objawów skurczy, jest dobrze wiec mimo woli, w chwili uniesienia przyśpieszyłem i nagle zegarek pokazuje 26km 3:58min/km wiec zwalniam i mówię do siebie czekaj bo miedzy 30 a 32km czekaja nas największe podbiegi i tam możesz zdechnać, ale musze się przyznać że właśnie w tym momencie czuje się bardzo silny psychicznie, pewny siebie, bez zwatpień, i wiem że dam radę.

Dobiegam do 30km i czekam na ten podbieg heheheh… i się zaczyna pierwszy ale z duża łatwościa go pokonuje na 31km pokazuje mi się że przebiegłem go w tempie 4:08/km wow uśmiecham się do siebie, po chwili pojawia się następny i myśle to chyba ten najgorszy ale polewam się woda przed podbiegnięciem i lekko zwalniam bo podbieg naprawdę w górę i zegarek pokazuje 4:21/km, myśle ok już najgorsze za nami i  przyśpieszyłem do 4:05/km, było trochę z górki. I rozpoczynam 34km hmm według mnie miało być już  tylko w dół a tu nagle wyrasta przede mna długi 6-8 procentowy podbieg !!!!! rozpoczynam go pokonywać ale zaczynam czuć  że strasznie daje mi w nogi!!!! skracam krok biegowy i zaczynam drobnić ale zarazem przyszpieszać i powoli wspinam się sukcesywnie pod górę, strasznie ciężko i zaczynam walkę w głowie i próbuje  się pobudzić, nie spogladam gdzie koniec podbiegu tylko zaciskam zęby, zaczynam bardziej rekami pracować i krok po kroku z bólem pokonuje metry. Dasz rade, dasz rade, come on, come on !!! takie tam pod nosem słowa sobie wypowiadałem ale wbiegłem tam pokazuje 4:31/km 34th km, wiec biorę się do roboty aby trochę odrobić stratę ale czy ja mam jakaś stratę?? przecież dziś czas nie gra takiej roli jak zawsze, ale nastepny km jednak pokonuje w 4:01/km!!!

IMG_8012

(najgorysz podbieg na 34km)

IMG_8010

(35km usmiech na twarzy)

Jestem na 35km na ręce napisane 2H27min zegarek pokazuje 30sek że jestem szybciej!!! Wiec teraz juz wiem że jak przebiegnę następne 3km w normalnym tempie to spokojnie z uśmiechem na ustach ukończę ten maraton poniżej 3H. Nastepne km biegne 4:09, 4:13, i…

…3:58min/km!! przebiegam 39th km i biegnę non stop z uśmiechem na ustach i jakbym mogł to bym już teraz podskakiwał do góry!!!! Dobiegam do 40km tempo 4:11/km, międzyczas na spoconej ręce 2H48min, spogladam na zegarek 2:48:02 idealnie!!!!!

Teraz tylko Panie Wiciak pozostało się nadal cieszyć ostatnimi dwoma kilometrami i tak robie!!!!! biegnę z uśmiechem na ustach, wiem że czas będę miał lepszy niż w Chicago, ale dziś nie o to mi chodziło, nie biegłem aby cierpieć  w stresie i bić nic nie znaczace swoje rekordziki, bo nic nie jest ważniejsze w biegu jak radość i uczucie szczęścia !!!! A takie doznawałem dziś przez większość biegu i ta ostatnia prosta około 700m bardzo długa ale ile bólu i radości widzi..,

….tu się tworzy historia, tu sa emocje, dramaty ludzkie i łzy.

Ja tym razem bez łez wbiegam na metę ale cała radość była i towarzyszyła mi przez 42km195m i dopiero po kilku godzinach dochodzi do mnie że ja miałem (mam) kontuzje ale ani przez chwile nie pomyślałem o tym !!!! zostawiłem ten problem w pokoju przed biegiem, jedynie co mnie bolało po biegu to ramiona!!!!! tak bardzo że nie mogłem za bardzo nimi ruszać hehehe ale to już nie ważne.

TO BRAK WIARY SPRAWIA, ŻE LUDZIE BOJA SIĘ STAWIAĆ CZOŁA WYZWANIOM.

JA WIERZYŁEM W SWOJE UMIEJETNOŚCI.

IMG_6923

Odebrałem medal to już  piaty w kolejności do korony WORLD MARATHON MAJORS, pozostanie tylko Nowy Jork 5th November 2017 i będzie to wiśenka na torcie jak to powiedziała koleżanka kilka tygodni wcześniej. Ale musze na koniec powiedzieć że to właśnie Boston Maraton był tym niezwykłym, czarujacym mnie i chyba właśnie ten maraton, ten bieg nadchnał mnie do biegania z radoscia i przyjemnościa.

IMG_6983

( od lewej górny rzad…

  • Berlin Marathon       September 2014       3:58:57
  • London Marathon    April 2015                  3:26:19
  • Tokyo Marathon       February 2016          3:17:00
  • Chicago Marathon    October 2016            2:58:55
  • Boston Marathon      April 2017                 2:57:33

Musze się przyznać że był to mój najłatwiej przebiegnięty maraton w ciagu ostatnich 4lat, małe cierpienie na 34-tym km to nic wielkiego do tego, jakie już doznawałem we wcześniejszych biegach lub triatlonach.

Zaraz zaraz, zapomniałem napisać ż dobiegłem w czasie 2:57:33 heheheh ale widocznie jak zapomniałem o tym wcześniej to widać że to nie było dla mnie aż tak istotne. Dodam jeszcze dla smaczku że w tym biegu wystartowałem w nowkach butach adidas adizero Boston version które zakupiłem dzień wcześniej!!!! oraz nowe spodenki i koszulkę!!! Ty samym złamałem umowne zasady biegaczy, ale widocznie nie ma to wielkiego znaczenia jeśli bardzo chcesz coś dokonać wtedy nie myślisz o takich szczególach.

Po tym biegu wiem jedno, że chce nadal kontynuować bieganie i to jeszcze bardziej niż przed, ale chce to robić tak aby  bolało ale i cieszyło przede wszystkim!!!!

IMG_6929

Hmm zastanawiam się …jak i komu podziękować bo czas przygotowania do tego maratonu miałem ciężki i mozolny. Często popadałem w panikę i mała depresje hehehe…

..ale nie, nie wymienię nikogo bo każdy z osobna wie ile zrobił dla mnie i wie jak bardzo jestem mu wdzięczny, każda ta osoba dołożyła swój kamyczek do tego biegu, może to nie będzie standartowe, ale najbardziej komu chce podziękować za wolę walki, determinacje, systematyczność w ciężkich treningach, i nie poddanie się i start w tym maratonie to…moja osoba!!!! Sam sobie chciałem podziękować bo ja sam wiem ile nocy nie przespałem i ile bólu przeszedłem.

I nikomu nie życzę takich przygotowań ale życzę aby każdy czerpał tyle przyjemności i radości co ja podczas tego biegu.

IMG_8006

Dziekuje

Chris Wiciak

“JESLI POTRAFISZ O CZYMS MARZYC, POTRAFISZ TAKZE TEGO DOKONAC”

Dziś wielka niedziela 16 Kwiecień, pierwszy dzień Świat Wielkanocnych,

…5:30am słucham  Boba Dylana “ Shadows in the night” troszkę się zamysliłem i dziwnie  poczułem,  ponieważ siedzę sam w pokoju z dala od domu z dala od osób które mnie kochaja i które ja kocham hmm …zaduma naszła  troszkę……ale powróćmy do tego gdzie jestem i po co tu przyjechałem….

od Piatku jestem juz w Bostonie stan Massachusetts, …… jutro  17th Monday dla mnie jest “specjalny” Poniedziałek (nie dyngus) i bieg po którym dużo sobie obiecywałem jak go planowałem, ale po doznaniu kontuzji mialem go nawet nie pobiec, a teraz sie okazuje ponownie,

…ze to jest jeszcze ważniejszy bieg niż sie spodziewałem, poniewaz nie bede jutro biegł  aby poprawic swój najlepszy czas, nie pobiegne aby bić jakieś swoje własne rekordy, nie pobiegne nogami zdrowymi i wytrenowanymi bo takich obecnie nie posiadam, ale co najwazniejsze dla mnie jest, ze jutro pobiegne-

SERCEM I GłOWA.

IMG_6811

Dzis na myśl przychodza mi te słowa:

“NIE BOJ SIE JUTRA. NIECH JUTRO OBAWIA SIE CIEBIE”

   Moj zamiar byl napisac post dokladnie opisujacy kazdy dzien rehabilitacji i trenigu jakie przeprowadzilem.

W tym celu zalozylem pamietnik i co dziennie pisalem w nim o bieganiu i treningu jaki wykonuje danego dnia.

Ale siedzac teraz sam w pokoju gdzies daleko za oceanem rozmyslajac o moim biegu ktory odbedzie sie  jutro, postanowilem ze nie bede wypisywal tego co dokladnie i skropulatnie opisalem.

Przyblize tylko w szybkim skrocie co przeszedlem i jakie kroki poczynilem aby znalesc sie tutaj na kilka godzin przed tym maratonem.

Moj ostatni wpis na blogu to kilka dni po  doznaniu kontuzji uszkodzenia  miesnia dwuglowego.

W dniu kiedy to sie stalo, zostalo mi 6 tygodni do maratonu, i jak wiemy juz po kilku dniach dowiedzialem sie ze daje mi sie 50% szansy ze stane na starcie. Prognoza byla- rehabilitacji 6-8 tygodni minimum gdzie mialem nie biegac i leczyc kontuzje.

Pomimo tego powedrowalem na basen juz po kilku dniach aby moc trenowac i nie obciazac miesien i rozpoczalem bieganie w wodzie z pasem wypornosciowym ale juz po drugim dniu okazalo sie ze to za duzy wysilek dla nogi poniewaz bardzo bolalo i rwalo jak podczas pierwszego dnia.

Dlatego zawiesilem wszystkie aktywnosci fizyczne wlacznie z jazda na roweze stacjonarnym.

Kontynulowalem tylko rehabilitacje fizjo u Roberta Wrony gdzie mialem kazdego dnia wykonywane zabiegi:

  • pole magnetyczne
  • inoforeza
  • fale magnetyczne
  • ultra dzwieki
  • masaz

…..oprocz tego naswietlalem sie dziennie po 30-40min lampa bio…..ultralights.

Podczas kontuzji kilka osob naprawde duzo mi pomoglo i kilka rzeczy podpowiedzialo, jednym takim dodatkowym elementem bylo oxygen chamber. Chodzilo aby poprzez dzienne godzinne sesje dotleniac krew mieszanka 100%.

IMG_5929

Z powodu ekonomicznych zdecydowalem sie na opcje z butla do nurkowania z aparatem i robilem sobie sesje wdychania czystego 100% tlenu. Podobno poprzez dodatkowe  natlenianie krwi moje zniszczone wlokna miesnia mialy przechodzic proces szybszego gojenia sie i naprawy. Wiec pomimo ze sesja wdychania powodowala dziwne glosne odglosy wciagnalem w swoj organizm cala 15L butle tlenu heheheh.

Dnia 18th Marca Sobota, ponowilem swoje treningi w wodzie oraz na silowni, ustalilismy z trenerem Piotrem ze bede biegal rozne intervaly w wodzie oraz po tym silownia i rolowanie i stabilizacja delikatna i wioslowanie 30min.

Ale od poczatku nadal czulem miesien i bol sie nasilal jak trening byl dluzszy lub trudniejszy, szybkie sprinty w wodzie.  Tak wytrzymamlem do Czwartku i tego dnia zrobilem pozadny serching za bieznia antygrawitacyjna w Londynie. Z pomyslem przyszedl trener choc kilka dni predzej wspominal mi syn o tym ze pilkarze biegaja tak i przygotwuja sie jak doznaja dontuzji nogi.

Wiec wyszukalem najtansza opcje co i tak koszty sa ogromne bo najtanszy osrodek liczyl sobie £52 za 30min trenigu!!!!

IMG_6467

Ale ze juz na poczatku jak doznalem kontuzji powiedzialem sobie ze ja tem maraton ku…wa przebiegne nawet zebym w reku musial noge niesc to dopelzne!!!! Wiec tak zdeterminowany wykupilem 10godzin biezni co mialo mi wystarczyc na okolo 14 dni liczac dni przerwy miedzy biegami i rozpoczalem bieganie.

Bieznia antygrawitacyjna to chyba dotychczas najlepsza rzecz jaka jest dostepna aby mozna bylo trenowac i nie obciazac miesnia. Ogolnie dziala to tak ze ubierasz specjalne spodenki z gumy i pianki i wchodzisz do maszyny  gdzie pod nogami masz bieznie i zapinasz sie tym pasem do maszyny poprzez zamek, po wlaczeniu maszyny ustawiasz sobie procent wagi z jakim chcesz biegac. Stajac normalnie na biezni nie  obciazasz tak nogi jak podczas normalnego biegu.

Ja  rozpoczàlem od 30% masy ciala i zakonczylem na 60%. Wiec pierwszy raz jak rozpoczynalem biegac to wazylem miedzy 23kg do 46kg wiec miesien naprawde byl odciazony. Ale pomimo tego pierwszy tydzien czulem caly czas go podczas biegu, ale ból byl do wytrzymania a ja cieszylem sie ze moge cos pobiegac i sie troche spocic.

IMG_6464

(cieżkie intervals – 1H12min 19km)

Aby tego było mało poszedłem troszke dalej, dostałem nowe zalecenia w sprawie zywienia od D.Silarska dietetyk kliniczny i labolatoryjny  (prowadzi mnie od stycznia), dla niej nie ma osoby która sie nie da  naprawic lub pomoc, mysle ze potrafilaby ze slonia zrobic gazele poprzez swoje diety heheheh.

Wiec zalecenia miały mnie wprowadzic w stan ketogenicznej diety ktora sie opiera na wylaczeniu z jadlospisa wszystkich  weglowodanow. Mialo to na celu abym nie przybral na wadze przy minimalnym wysilku jaki mialem i kontynowal spalanie swojej tkanki tluszczowej (ktorej jeszcze pozostalo troche ).

Sumujac- moja rehabilitacje przez pierwsze 5 tygodni od kontuzji wygladala miej wiecej tak:

Pobudka o 5:30am, sniadanie rozpoczynalem od  kawy kuloodpornej, nastepnie uziemianie czyli kilku minutowy marsz na boso po rosie w ogrodzie.

Pózniej ośrodek rehabilitacyjny gdzie rolowanie i cwieczenia i bieganie na na wspomnianej bieżni.

IMG_6085

10 godzin pracy i szybko jazda do fizjo na zabiegi (wtorki i soboty przyjeżdżał do mnie hehe), i powrót do domu i naswietlanie lub natlenianie, nieraz obie czynnosci naraz.

musze wspomniec ze w tym czasie odbylem 4 wizyty u 4 roznych ortopedow, polecialem do polski na 3 dni gdzie przeszedlem zabiegi fizjo u mojego ulubienca  mag.Lukasza Pawika z Wroclawia ktory czaruje i naprawia ludzi z podobnym efektem jak Pani dietetyk.

I tak dzien za dniem,tydzien za tygodniem,  podczas tych treningow i rehabilitacji czytalem ksiazki o bieganiu, o motywacji, mentalnym bieganiu ale najbardziej wywarla na mnie wrazenie ksiazka Bartosz Feifer “Zwyciestwo- to sposob myslenia” wlasnie niedawno dosc  niespodziewanie dobra istota mi ja zeslala i powiedziala :

… nie czytaj tej ksiazki jak lektury, wczuj sie w kazde slowo tam napisane i z intrpretuj je na wlasny uzytek w taki sposob jaki uwazasz. I siegaj po nia za kazdym razem jak poczujesz slabosc i zwatpienie…..

Wlasnie lezy kolo mnie i co chwile ja otwieram na losowo wybranej stronie i czytam, myslac … nie, mysle czytajac zastanawiam sie……

…. i robie sobie wizualizacje mojego biegu jutrzejszego, probuje przebiec ten bieg kilometr po kilometrze w glowie, chce poczuc ten bieg, to zmeczenie juz teraz i byc przygotowany juz dzis,

…juz dzis przygotowac moj organizm i moje cialo,miesnie a przede wszystkim  moj umysl.

W duszy czuje i  mi mowi ze to zrobie bo biegalem juz nie takie trudne biegi i nieraz musialem oszukac organizm aby dobiec do mety.

Juz sie nie zastanawiam co by bylo jakbym biegal normalnie te 40 dni ostatnie przed maratonem, ale nie wazne, pieprzyc to…

dzis jestem tutaj w Bostonie przelecialem kilka tysiecy kilometrow zrobilem trening kilku km i czuje sie dobrze, nie wazne jest teraz dla mnie ze w niedziele 5 dni temu wyszedlem pierwszy raz na zewnatrz i przebieglem w normalnych warunkach, zrobilem trening jaki zaplanowalismy z Piotrem. Mowiac juz o bieganiu to wlasnie w tym ostatnim tygodniu na 7 dni przed przebieglem pierwszy raz w niedziele 20km, we wtorek 12km, w piatek 8km, sobota 14km, i  niedziela 8km dzisiaj. Wszystko odbylo sie na pol gwizdka poniewaz biegnac caly czas myslisz o tym bolu i wtedy czujesz wszystko, nawet jak cos Ci zawadza.

Nie chce pisac co mnie bolalo i gdzie i jak mocno podczas tych ostatnich 5 trenigow bo szkoda czasu a ja nie szukam wymowek i uzalania sie nad soba wiec powiecmy ze miesnia kontuzowanego “nie czuje”, i wszystko jest w porzadku hehehhe.

Nie wiemy co bedzie jutro jak potoczy sie dzien…ale wiem  ze ten cholerny bieg ukoncze i nie bede za duzo dzis myslal ze trasa jest jak szwajcarskie alpy ….

IMG_6787

a pogoda, dzis dochodzi do 30 stopni Cenj. i jutro ma byc ponad 20w czasie biegu . To wszystko wywalam z głowy i zanurzam sie w czytanie magicznej ksiazki ….odpoczywajac bede nabieral sily i mocy.

IMG_6814

Chris Wiciak

Boston, 16th April 2017

Hamstring injuries…

Miałem opublikować opis mojego pierwszego obozu biegowego w Szklarskiej Porębie ale niecały tydzień po powrocie do domu uczestniczyłem  w biegu na 10k w Battersea Parku i spotkała mnie rzecz której biegacz obawia się najbardziej to kontuzja 😦

Kontuzja mięśnia dwugłowego uda ( musculus biceps femoris )-

Mięsień dwugłowy, położony z tyłu uda, to jeden z najważniejszych dla biegacza mięśni. Do jego funkcji należą m. in. prostowanie w stawie biodrowym oraz zginanie kolana, więc podczas biegu pracuje zarówno podczas przenoszenia nogi do przodu, jak i tylnego wahadła. Regularnie poddawany obciążeniom, może w pewnym momencie odmówić współpracy. Pierwsze dolegliwości pojawiają się zazwyczaj w trakcie biegu lub bezpośrednio po nim. Ból najczęściej występuje w połowie drogi między biodrem a kolanem, lub bezpośrednio pod pośladkiem i wynika z naciągnięcia lub przeciążenia.

IMG_5858

Kontuzja polegająca na naderwaniu mięśnia dwugłowego uda jest bolesna. Najczęściej przydarza się ona sportowcom trenującym sporty szybkościowe lub siłowe. Zdarza się gdy wykonuje się dosyć szybki ruch ze sporą siłą, np. wyskok, start do biegu, może się również przytrafić w trakcie gwałtownego zbiegania ze stromego zbocza lub w wyniku potknięcia, czy upadku, przy jednoczesnym mocnym naciągnięciu nogi. Prawdopodobieństwo naderwania jest większe przy niedostatecznie rozgrzanym i rozciągniętym mięśniu. Podstawowym sposobem leczenia są zimne okłady i przyjmowanie leków przeciwzapalnych w postaci tabletek lub maści. Zaniedbując rehabilitację ból może nam dokuczać nawet przez kilka miesięcy.

……………………… przeniosę sie najpierw w czasie wstecz do tygodnia w którym wróciłem z obozu biegowego.

Wiec po przyjeździe do Londynu miałem dzien wolny od treningu ale umowa z trenerem była że ten tydzień trening bedzie trochę lżejszy i nie będziemy nadwyrężać mojej nogi oraz damy odpocząć dla organizmu.
Ponieważ w nadchodząca sobotę zaplanowałem ze pobiegnę 10k w biegu w Battersea Park wiec jednostki treningowe otrzywiscie sie odbywały ale nie na takich obrotach jak tydzień wcześniej we Szklarskiej, chodź powiem ze miałem jeden trening w czwartek z szybkimi interwałami.
Niby zwykły kontrolny bieg na 10k ale chciałem go pobiec w czasie średnim 3:35-3:38min/km co dało by mi nowy PB ale zrobilbym następny mały krok do przodu w przygotowaniach oraz w mojej głowie zagościło by potwierdzenie ze rozwój nadal jest i jest dobry.
Naprawdę tego tygodnia czułem sie bardzo dobrze i naładowany straszna energia z obozu czułem moc w nogach i w głowie i wiedziałem ze mogę pobiec naprawdę szybko na zmęczonych nogach ktore przebiegły dużo km w górach tydzień wczesniej.
Obawiajac sie kontuzji mięśnia ktory juz mi dokuczał od ponad dwoch tygodni umówiłem wizytę z fizjo aby odprężył mi mięśnie i założył taśmy i żebym spokojnie pobiegł te 10k.
Wizyta miała byc w piatek wieczorem ale z różnych przyczyn odbyła sie w sobotę wcześniej rano od 5:50am a bieg miałem o 8:30am Wiec sporo czasu aby sie przygotować.
Zabieg fizjo trwał 90min i czułem sie po nim zrelaksowany i bez żadnych oznakow bolącej nogi.
Jednakże wracając od fizjo w drodze na bieg  poczułem sie nie za dobrze i rozbolał mnie żołądek,  i mi bliżej byłem miejsca biegu tym gorzej sie czułem :-(. Na miejsce przyjechaliśmy ( po drodze zabrałem kolegę ktory tez biegł tego dnia) 15min do startu, trochę mało ale szybko odebrałem numer i ledwo zdążyłem do WC. Tak sie źle poczułem ze musiałem wymiotować !!!!!  Ale pozbierałem sie w miarę i prędko na rozgrzewkę, zrobiłem kilka szybkich przyspieszeń pobiegałem kilka minut ale żołądek jak to po …skurcze czułem.
Ale cóż biegniemy…. stanąłem w pierwszej lini oczywiście jak to Ja więcej ambicji niż umiejętności heheheh i start i poszli.
Według umowy pierwszy km miał być na bardzo spokoju wolno  3:50-3:55min/km i następne dwa miałem lekko przyspieszyć na 3:45min/km ale jak to przy starcie poszedłem z flow i trzymałem sie czołówki, pierwsza 10tka .
Po 500m pierwszych lekko zwolniłem zobaczyłem ze biegnę 3:20 . Ale trzymam miejsce i cisne, mijam pierwszy km 3:31min/km jest źle za szybko….próbuje lekko zwolnić dobiega do mnie dwóch młodych gości 20-25 lat i trzymam sie ich ….
drugi km 3:45min/km wolniej ale czuje nie za dobrze w żołądku i zaczyna mi sie odbijać . Dobiegamy na 3km łapie sie za brzuch i pierwsze zwątpienie czy wytrzymam. Nagle dobiega do nas jeden koleś w moim wieku…..
 ( tez młody hehehe) i powoli wyprzedza, moja reakcja jest natychmiastowa łapie sie i gnam z nim i zostawiamy tych dwóch młodzieniaszków. Próbuje wyrównywać oddech spoglądam na puls ( mam pas założony ) pokazuje mi 155bpm czyli wszystko w porządku przy takiej szybkości to niskie, mijamy 4km pokazuje ponownie 3:33min/km dobre przyspieszenie, równo biegniemy krok w krok dobiegamy do 5k połowa dystansu zegarek pokazuje 3:42min/km czas 18min2sek, zaczynam przyspieszać mysle sobie chodź miałem po 6km ale dobrze mi sie oddycha nie czuje wcale zmęczenia.
Widzę ze pan z boku łapie sie za mna i trzyma, dobiegam do 6km zegarek pokazuje 3:31min/km , mówię sobie pięknie a jeszcze przyspiesze po 8km , biegnę takim tempem Jeszcze chwile i nagle czuje jak mi sie mięsień dwugłowy uda zaczyna naciągać w lewej nodze, myśle kurwa nie teraz ….
próbuje zapomnieć ze coś mnie boli, lekko  krzyknąłem jak go poczułem i zwolniłem delikatnie, gość wyrównał sie ze mna popatrzył na mnie, ja tylko kiwnąłem głowa ze Ok i biegniemy, cały czas lekko go czuje ale tak go czułem nieraz w Szklarskiej na podbiegach jak przyśpieszałem i biegłem z bólem i wytrzymywałem. Wiec teraz biegnę dalej dobiegamy do 7km spoglądam i jest wolniej 3:45min/km
Wiec nie czekając przyspieszam i mowię sobie w duchu to tylko 3km szybko i meta…biegnę następne prawie pół km i nagle czuje silny ból ponownie w udzie ale tym razem szarpie i kuje tak mocno ze łapie sie tylko za mięsień zaczynam krzyczeć!!! Gość obrócił głowę zapytał czy Ok, próbuje jeszcze biegnąc ale nie daje rady!!!
Zatrzymuje zegarek- to tez ważne hehehe. I staje. Krzyknąłem tylko do niego run , run fucking run!!!!
Schodzę na bok, bardzo wolno bo ból jest straszny !!!!! Zatrzymuje sie próbuje ściskać i masować mięsień ale tak mocno boli ze nie mogę za bardzo iść…podchodzi do mnie jeden gość i pyta czy pomoc , odpowiadam  że dam radę, bardzo wolnym krokiem podażam do mety gdzie jest punkt medyczny.
….okładam się lodem i czekam na Bartka aż dobiegnie do mety. On tego dnia też biegł na PB swoje i zrobił to 39min34sek jak się nie mylę, ostatnie 100m probowałem go dopingować aby chłop wykręcił jak najlepszy swój czas.
Gratulacje dla niego, jest mocny i robi dobre postępy.
Wróciłem do domu lekko podenerwowany  ponieważ po pierwsze biegło mi się naprawdę dobrze i miałem siły aby przyśpieszyć na ostatnich dwóch kilometrach!!!
sytuacja ale już w domu powoli zaczałem rozumieć źe nie będzie moim problemem że nie pobiegnę za dwa tygodnie w pół maratonie w Reading ale mój wielki bieg maraton w Bostonie może stanać pod znakiem zapytania!!!!!!
Więc natychmiast z kontaktowałem się z  moim fizjo Robert Wrona( uratował mnie kiedyś przed Tokyo)   oraz poszukałem ultrasounografu aby zrobic scan miesnia.
IMG_5762
Pierwsze zdjecie pokazało duże zniszczenie połaci mięśniowej i naderwanie mieśnia i lekarz ortopeda powiedział że daje mi 50% że się wyleczę na Boston Marathon!!!!!!!!!!
W  tym dniu zostało równo 5 tygodni do biegu.
zalecił natychmiastowe wizyty u fizjoterapeuty na zabiegach jontoforezy, ultra dzwieki, pole magnetyczne oraz naświetlanie Bioptron Light Therapy System.
Więc pognałem na te wszystkie zabiegi z dnia na dzień.
Dowiedziałem się żeby utrzymać kondycje ćwiczy się bieganie w wodzie z pasem wypornosciowym (aqua running), oczywiście udałem się już po dwóch dniach na basen olimpijski 50m i pomimo że ludzie spogladali co ja robie to biegałem nie zwracajac na nich uwage. Godzina biegania naprawde dała mi w kość. Ale przy następnej wizycie dowiedziałem się że to za szybko na takie harce nawet we wodzie!!!!! Dostałem ultimatum że albo bede odpoczywał całkowicie i nie obciażał mięśnia przez najbliższe 14 dni albo nie pobiegam sobie dłużej niż 6 czy 8 tygodni!!!!!!!!
Wiec dostosowałem się do zaleceń i pomimo wielkich chęci nie obciażam w cale mieśnia.!!!
Ustaliłem cały program wszystkich tygodni aż do maratonu jak bede ćwiczyć i zamierzam się tego trzymać. Bardzo obawiam się że jednak nie pobiegne w Bostonie ponieważ noga nadal boli pomimo że robione mam zabiegi dzień w dzień, dużo mi pomagaja i Pan Wrona staje na uszach aby mnie wyleczyc do takiego stanu abym mógł przynajmniej jakoś ukonczyc ten bieg który jest mi niezmiernie potrzebny do Majora a to bedzie 5 ty juz i tylko zostanie New York Marathon do którego już się zakwalifikowałem i pobiegne na poczatku listopada.
Dwa dni temu ponowiłem badanie ultrasounografem i zrobiłem scan ponownie i z opisu wynika że jest duża poprawa w odbudowie mięśnia ale nie pokoi mnie cały czas nieustajacy ból w okolicach pòł dupka gdzie znajduje sie przyczep mięśnia dwugłowego. Obecnie naświetlam się 30min każdego dnia aby ból ustał!!!!!!!
IMG_5616IMG_5829
Pod koniec miesiaca Marca mam kolejna wizytę umówiona u ortopedy w Piatek u Dr.K.Gryglicki a następnego dnia wylatuje do Polski aby  jeszcze innym okiem zbadali mnie mój fizjo z obozu Lukasz Pawik oraz wizyta u następnego specjalisty który ma pomóc w dalszej rehabilitacji.
Jak widać postanowiłem że uczynnie wszystko aby się wykurować do maratonu i spróbować ten piekielny dystans pokonać pomimo że nie było mi dane tym razem dobrze się przygotować.  Ale teraz nie chodzi mi o czasy jakimi miałem pobiec ale chodzi mi i zależy abym w ogóle mógł uczestniczyć w tym najstarszym i historycznym Maratonie w Bostonie, to już 121 edycja  wyścigu!!!!!!!
Po mimo że jestem bardzo podłamany sytuacja w jakiej się znalazłem to musze powiedzieć że bede walczył do ostatniego dnia wyścigu 17th Kwiecień aby stanać na starcie!!!!! Wiem że jak się bardzo chce to się to dostaje i ja też tak bedę miał.
WALCZE DALEJ I SIĘ NIE PODDAJE !!!!!!
Chris Wiciak